Jacob Pinheiro Goldberg

 

 

 

A MÁGICA DO EXÍLIO

 

 

MAGIA WYGNANIA

 

 

Seleção e Tradução de Henryk Siewierski

 

PALAVRA DO TRADUTOR

 

            Jacob Pinheiro Goldberg poderia ter nascido em outro continente, se não fossem, quem sabe, seus poemas que necessitavam que ele nascesse no Brasil. Seus pais casaram-se em Juiz de Fora, mas já se conheciam na Polônia de onde vieram na década de 20. Filho de imigrantes, familiarizado desde cedo com a sina e a magia do exílio, fixa sua morada em língua portuguesa do solo fertil brasileiro, seguindo, ao mesmo tempo, uma vida errante, nunca acomodada, de psicólogo, advogado, assistente social e poeta, sempre procurando compreender melhor o outro e a si mesmo. A linhagem judaica de Jacob Pinheiro Goldberg estende seus braços por vastos territórios de outras culturas e, como um grande rio, recebe inúmeros afluentes. Dizia Rousseau, no seu Emílio, que para estudar os homens, no plural, era preciso olhar em volta de si, mas, para estudar o homem, no singular, era preciso enxergar longe, observar as diferenças. O longe, o estranho da terra natal de seus pais, de onde ele veio, mesmo que nunca lá estivesse, é um dos destinos fixos, mas como que subterrâneos desta poesia. E não é de estranhar que o encontro com quem veio de lá tinha se tornado, para os dois, um re-encontro, em que alguns dos poemas passassem a ter outra vida, numa das outras suas línguas originais. Não há porque também estranhar a sua publicação nesta versão bilíngüe no Brasil, pois as duas línguas são daqui: o polonês, língua materna de tantos filhos do Brasil, não é língua estrangeira neste país plural e multilíngüe. 

 

Henryk Siewierski é professor de Literatura da Universidade de Brasília (UnB), doutor em Ciências Humanas pela Universidade Jaguelloniana de Cracóvia; publicou livros de ensaios Encontro das nações (1984), Como ganhei o Brasil de presente (1999) e História da literatura polonesa (2000) e traduziu para o português as obras de escritores poloneses: Bruno Schulz, Bronislaw Geremek, Tomek Tryzna, Andrzej Szczypiorski e Czeslaw Milosz, entre outros.

 

 

SŁOWO OD TŁUMACZA

 

            Jacob Pinheiro Goldberg mógł urodzić się na innym kontynencie gdyby nie, być może, jego wiersze, które wymagały aby urodził się w Brazylii. Jego rodzice pobrali się w Juiz de Fora, lecz znali się już w Polsce, skąd przyjechali tu w latach 20. Syn imigrantów, od małego oswojony z piętnem i magią wygnania,  zadomawia się w języku portugalskim płodnej brazylijskiej ziemi, zarazem jednak wciąż w drodze, niepokorny i nienasycony stara się zawsze, jako psycholog, adwokat opiekun społeczny i poeta, lepiej zrozumieć drugiego i samego siebie. Żydowski rodowód Jacoba Pinheiro Goldberga rozgałęzia się obejmując szerokie połacie innych kultur i, jak wielka rzeka, otrzymuje liczne dopływy. Mówi Rousseau, w Emilu, że chcąc poznać człowieka, w liczbie mnogiej, trzeba rozglądać się wokół siebie, natomiast aby poznać człowieka, w liczbie pojedynczej, należy patrzeć daleko, obserwować różnice. Rodzinna ziemia ojców, daleka i obca, skąd przecież pochodzi, choć nigdy tam nie był, to jeden ze stałych, lecz niejako ukrytych, kierunków w jakim zmierza  ta poezja. I nie należy się dziwić, że spotkanie z przybyszem z tamtych stron stało się, dla obu, niejako spotkaniem po latach, i że w spotkaniu tym niektóre wiersze urodziły się jakby do nowego życia w jednym z języków swego pochodzenia. Nie ma też nic dziwnego w tej dwujęzycznej publikacji tu w Brazylii, obydwa języki są bowiem stąd; polski, język ojczysty tylu Brazylijczyków, nie jest językiem obcym w tym wielokulturowym i wielojęzycznym kraju.

 

 

 

SOLILÓQUIO DO FARAÓ

 

A sedução deste mago ingrato,

Carrega o povo maldito para o Deserto.

Abandona a segurança, a certeza e a

Tranqüilidade, atrás dum Deus da

Imaginação, sem imagens e sem figura,

Que estranho.

 

Povo maldito, que substitui o trabalho

E a disciplina por uma louca anarquia

Que chama liberdade, insubmissos e

Polêmicos.

 

Povo maldito, errante pelo deserto,

Atrás de ilusões e palavras.

Amantes do ritual e do teatro,

Iconoclastas, sem reis e sem hierarquia.

 

Renegam todos os deuses e

Adoram o Sonho.

Povo maldito que há de padecer,

Na dúvida e na busca.

MONOLOG  FARAONA

 

Urok tego nieszczęsnego czarownika

wiedzie przeklęty lud na Pustynię.

Porzucają bezpieczeństwo, pewność i

spokój, dla Boga

Imaginacji, bez wizerunków, bez figur,

Który jest mi obcy.

 

Lud przeklęty, co pracę i dyscyplinę

zastępuje obłąkaną anarchią,

którą zwie wolnością, lud hardy

i problematyczny.

 

Lud przeklęty, idący przez pustynię

za złudzeniami i słowami.

Miłośnicy rytuałów i teatru,

Ikonoklaści, bez królów i bez hierarchii.

 

Wyrzekają się wszystkich bogów,

cześć oddając Marzeniu.

Lud przeklęty, który musi cierpieć

w niepewności i w drodze.

 

 

MÁGICA DO EXÍLIO (2)

 

Ao contrário do que se concebe

não foi o encontro

a origem desta

revelação

a origem foi o desterro

no país dos fantasmas

da América

mergulho nas palavras mortas

cinzas da razão de ser

e a partida seguindo os apagados rastros

do caminho a Kandire

Terra sem Mal.

 

 

CÉU

 

Em que dimensão habita o morto

Quando, no sonho, vive autônomo

(independente do sonhador), embora

acordado, o sonhador, esquecido e

pretensioso, se imagina

regente do seu sonho?

 

 

DANÇA

 

Para os índios sanumá,

a Morte é uma realização do homem,

fruto do homem;

o que também ocorre

entre as azande do Sudão africano.

Doença e morte ligadas

à intenção do homem.

Para os sanumá,

efeito das plantas alawali ou

espíritos saí de.

A proteção dos hekula (espíritos)

vem pelas drogas sakone e palalo

entre cânticos e compassos.

 

 

DE PROPÓSITO

 

Acredita-se que o mal-estar,

a cultura, se origina na informação

de que o homem é o único animal,

que sabe da morte inevitável.

Engano.

O homem é o único animal que sabe

da eternidade e o mal-estar se produz

na incerteza, o estreito vagido entre o

ir e vir.

 

 

A OUTRA FACE DE CAIM

 

E depois Caim foi ao espelho

e, ao olhar-se viu a imagem de Abel.

Percebeu que este seria o

castigo.

Riu-se e pensou: “seria se eu

não fosse Caim”.

Rindo, quebrou o espelho.

 

 

MAGIA WYGNANIA (2)

 

Zródłem tego objawienia

nie było

jak możnaby sądzić

spotkanie

zrodziło się z wygnania

do krainy upiorów

Ameryki

zanurzenia w popiołach słów

miazdze racji bytu

i pójścia zatartym śladem

drogi do Kandire

Ziemi bez Zła.

 

 

NIEBO

 

W jakiej przestrzeni przebywa zmarły

jeśli we śnie jest wolny

(wolny od śniącego), choć

ten co śnił, obudzony, zapomniany

i pretensjonalny, ma się za

pana swego snu?

 

 

TANIEC

 

U Indian Sanumá

śmierć jest spełnieniem się człowieka,

jego owocem;

podobnie jak

u Azande z afrykańskiego Sudanu.

Związek choroby i śmierci

z ludzką wolą.

U Indian Sunumá

to skutek działania roślin alawali lub

duchów saí de.

Opiekę hekulów (duchy)

zapewniają narkotyki sakone i palalo

przy śpiewach i rytmicznych podrygach.

 

 

NAUMYŚLNIE

 

Sądzi się, że źródłem niepokoju,

czytaj kultury, jest wiedza

według której człowiek to jedyne zwierzę,

co wie o nieuchronności śmierci.

Błąd.

Człowiek to jedyne zwierzę co wie

o wieczności i niepokój bierze się

z niepewności, krótkiego jęku między

przyjściem i odejściem..

 

 

DRUGA TWARZ KAINA

 

A potem Kain podszedł do lustra

i przeglądając się, zobaczył twarz Abla.

Zrozumiał — to ma być

kara.

Zaśmiał się i pomyślał: “Czyżbym nie był Kainem?”.

Śmiejąc się rozbił lustro.

 

 

NA TERRA DO BEM-ME-QUER, MAL-ME-QUER

 

nunca fui amigo do Rei

meus heróis de infância foram Tarzã e Flash Gordon

mesclando Hollywood e Biblia

atravessei com Moisés o deserto e recebi a Lei do Sinai

nasci em Juiz de Fora, na terra dos Gerais

não da acomodação

meu pai veio com o navio „Valdívia”, de Ostrowiec, Polônia

sem um tostão no bolso sem falar uma palavra

em português, dezenove anos de idade,

com a opção do suicídio no mar ou

vôo no horizonte

escolheu o céu

ganhou o pão com suor do seu rosto

e dividiu-o comigo e nossa família

cada um vê o mundo segundo sua ótica

no registro biográfico mas também

segundo sua livre assunção como ser

sou outsider por nascimento, destino e vocação

questiono interminavelmente

democracia para mim é um estado de espírito e não

um vocábulo ou um regime político

liberdade é uma reflexão crítica que começa na angústia

e termina na esperança e não bandeira para demagogia

denuncio o torturador e choro o torturado

porque palmilheu os caminhos que passam

pelas fogueiras da Inquisição, Dachau e desembocam

no pau-de-arara

fico com a mãe solteira e desprezo a covardia do pai desertor

um só esfaimado, doente ou abandonado, faz-me

ter vergonha de mim mesmo

enquanto almoço têm criança e velhos

pedindo comida nas esquinas

doentes sacrificados, ignorância universal

animais vitimas nos abatedouros

da nossa sanha de Caim

Caim ecológico que suja os rios

derruba árvores, empesteia atmosfera

a idolátria impera no esquecimento de Deus

eis que a integridade se transforma em corrupção

o assalto em faroeste de televisão

e o traidor se julga mestre e senhor

um rol de decepção?

não

um manifesto na possibilidade de reação

nasci em Minas

meu pai veio veio com o navio „Valdívia”, de Ostrowiec, Polônia,

escolheu o céu

ganhou o pão com suor de seu rosto

 

 

W KRAINIE KOCHA-LUBI-SZANUJE...

 

nigdy nie byłem przyjacielem króla

bohaterami mego dzieciństwa byli Tarzan i Flash Gordon,

mieszanka Hollywoodu i Biblii

z Mojżeszem przeszedłem przez pustynię i otrzymałem Prawo na Synaju

urodziłem się w Juiz de Fora, ziemi Minas Gerais

której obce jest wygodnictwo

mój ojciec przypłynął na statku “Valdivía”, z Ostrowca, z Polski

bez grosza przy duszy, bez znajomości jednego słowa

po portugalsku, miał dziewiętnaście lat

na morzu stanął przed wyborem między samobójstwem

a lotem ponad horyzont

wybrał niebo

pracował na chleb w pocie czoła

dzielił go ze mną i całą naszą rodziną

każdy widzi świat przez pryzmat

swej biografii lecz również

z perspektywy swego wywyższenia jako wolnej istoty

jestem outsiderem z urodzenia, losu i powołania

zadaję nie kończące się pytania

demokracja jest dla mnie stanem ducha a nie

terminem czy systemem politycznym

wolność jest krytyczną refleksją co zaczyna się od niepokoju

a kończy nadzieją i nie szatandarem demagogii

denuncjuję katów i opłakuję torturowanych

bo przemierzyłem drogi wiodące

przez stosy Inkwizycji, Dachau do

pau-de-arara

jestem z samotną matką i w pogardzie mam ojca dezertera

na widok głodnego, chorego, opuszczonego

wstydzę się przed samym sobą

podczas gdy jem obiad, na rogu ulicy

starzec i dziecko proszą o chleb

chorzy uśmiercani, powszechna ignorancja

zwierzęta w rzeźniach ofiarami

krwiożerczego Kaina

Kain ekologiczny zanieczyszcza rzeki

kładzie pokotem drzewa, zatruwa atmosferę

gdy panuje bałwochwalstwo i zapominany jest Bóg 

prawość ustępuje miejsca korupcji

napad jest tylko sceną z telewizyjnego dzikiego Zachodu

zdrajca ma się za mistrza i pana

lista rozczarowań?

nie

wyraz wiary w możliwość reakcji

urodziłem się w Minas

mój ojciec przypłynął na statku “Valdivía”, z Ostrowca, z Polski

wybrał niebo

pracował na chleb w pocie czoła

 

 

TENHO QUE APRENDER

 

A falar em voz baixa

Tenho

Temos

que aprender a falar em voz

beixa.

 

Os surdos estão santos na

zoeira deste mundo que

grita seus erros e desacertos.

 

Num sábado santificado

calar as buzinas apressadas

as máquinas de vapor

os passos que correm o

tic-tac nas calçadas

 

O amor

ruidoso apaixonado

gemendo muito alto

 

Em voz baixa

com os sapos e marrecos

devagarzinho

falar em voz baixa

 

pro meu irmão ouvir.

 

 

MÚSICA DE FUNDO

 

Somos,

neste dia de pedra,

ilhas.

Sombrio dia.

Conto, estremunhado,

as cartas não enviadas.

 

Aflições noturnas,

sem luas.

 

Irmão batido,

o fruto colhido.

Por tudo,

havido e não havido,

desejado.

 

Somos,

neste dia de pedra,

ilhas.

 

 

O CAVALO E EU

 

Extasiado fiquei olhando os

olhos do cavalo. Mas enxergava

mais o êxtase que os seus olhos.

O cavalo, porém, me olhava e

(parece) me enxergava.

 

E assim, ficamos tão perto nos

olhando, e, no entretanto, as

infinitas distâncias,

sei que jamais o enxergaria.

E ele, o cavalo, quem sabe,

pudesse, realmente, me enxergar,

como eu mesmo, jamais me veria.

 

 

ETERNIDADE

 

O Deus Pã morreu sim.

Não obstante Rimbaud e

Fernando Pessoa,

todos os deuses morreram.

 

Mas um só não morre,

porque não nasceu.

 

 

SAGRADO

 

Um dia, voltaremos ao Éden.

E saberemos que a sedução

foi a mentira da Morte.

Portanto, não fomos expulsos.

E a Morte e a Vida foram

os pesadelos da Serpente.

 

NO CÉU, DEUS SE ASSENTA AO LADO DELA

 

Quando, quando

naquela sala

o dia se encurtou.

O vulto do meu pai

saía como destaque

na penumbra —

“Ain velt untegemame!”

(“Um mundo se acabou!”)

Os olhos do Infinito

disparavam o Espanto.

Um côro entoava o

Kadish para sempre —

O Eterno é nosso Deus.

No chão, o cadáver da

minha mãe.

Um sorriso disfarçava

a dentadura que afivelou

suas ilusões, os românticos

sonhos da moça de lábios

carmezins que um dia foi

Miss do Círculo Israelita.

Um filme de cinema

mudo em câmara lenta.

Eu era capaz de visitar

cada nervo da memória e

da atenção e informá-la

acabou.

Nunca mais eu sería seu

imperador.

Uma noite, meu filho perguntou —

Porque são tristes seus olhos?

Minha mãe morreu cega.

 

 

OSTROWIEC

 

Aonde nunca

estive,

sem latitude,

altitude.

 

Aonde moram

meus fantasmas,

sonhos enterrados.

 

Presente nos pesadelos,

azimute na memória.

 

Visão num espelho

Repetitivo que

Persegue, segue.

 

 

***

 

Ontem,

antes-de-ontem,

numa distante lembrança,

se pudesse a

arquitetura da memória,

construiria outra estória.

 

Teria, carinhoso, dito para

minha mãe – sim, você é

uma artista,

embora estranhe seus próprios versos.

 

E, para meu pai, no gélido saguão,

em que fomos exilados,

cantaria a gratidão de todos os

seus rastros.

 

E, impossível, resta agora o desespero,

de correr nos pesadelos,

atrás dos telefones ocupados, esquecidos,

silenciosos, os endereços ocultos,

fugidios.

 

O impiedoso, insuportável vazio.

 

 

ATÉ ONDE ME (DES)CONHEÇO

 

Minha mãe, de solteira Fanny Elwing,

filha de Ana e Aron Elwing,

„Schoichet” de Ostrowiec, Polônia.

Meu pai, Luiz Goldberg,

filho de Chana e Alte Goldberg, de Ostrowiec.

Enquanto vivos, nunca percebi que,

na verdade, eram anjos emigrados

de algum paraíso perdido.

Depois que se foram (de volta?),

em noites de pesadelo, me indago

o que lhes diria se

agora os reencontrasse?

Talvez dissesse:

– „Vocês, hem...?”

E eles, respondendo, disfarçando:

„Oif’n pripetchok, brent ain faieru”...

 

 

***

 

Se fico no jogo

Se saiu do jogo

Sou pedra sem valor.

Se jogo o jogo, ganho ou perco.

Por isso sou o tabuleiro,

Aonde se joga o jogo

Que me recuso a jogar.

 

MUSZĘ SIĘ NAUCZYĆ

 

Mówić ściszonym głosem

Muszę

Musisz

nauczyć się mówić głosem

ściszonym

 

Głusi są świętymi w

w tym hałaśliwym świecie

co wykrzykuje swe błędy i pomyłki

 

W szabas

uciszyć niecierpliwe klaksony

maszyny parowe

miarowe stuk-stuk

pośpiesznych kroków na ulicach

 

Miłość

niedyskretnych kochanków

bardzo głośne jęki

 

Głosem ściszonym

z żabami, z dzikimi kaczkami

powoli

mówić głosem ściszonym

 

aby mój brat usłyszał.

 

 

TŁO MUZYCZNE

 

Jesteśmy

w tym kamiennym dniu

wyspami.

Dzień szary.                                      

Pomysł ze snu wyrwany,             

list nie wysłany.                                    

 

Nocne lęki,

bez księżycowej poręki.

 

Brat katowany,

owoc zbierany.

Za wszystko,

co było i nie było

chciane.

 

Jesteśmy

w tym kamiennym dniu

wyspami.

 

 

KOŃ I JA

 

Oko w oko z koniem

patrzyłem w zachwycie, ale raczej

swój zachwyt widziałem, niż jego oczy.

Koń wszakże na mnie patrzył i

jakby mnie widział.

 

Tak bliscy, patrzyliśmy

na siebie, a równocześnie

nieskończenie dalecy,

i wiem, że nigdy go nie zobaczę.

A on, kto wie,

może jednak mnie widział

jak ja nigdy siebie widział nie będę.

 

 

WIECZNOŚĆ

 

Tak, bóg Pã umarł.

Wbrew temu co mówili Rimbaud i

Fernando Pessoa,

wszyscy bogowie pomarli.

 

Jeden tylko nie umiera,

bo się nie urodził.

 

 

SACRUM

 

Kiedyś wrócimy do Raju

I przekonamy się, że pokusa

była kłamstwem Śmierci.

Więc nie zostaliśmy wypędzeni.

Śmierć i Życie były tylko

Koszmarnym snem Węża.

 

W NIEBIE, BÓG ZASIADA U JEJ BOKU

 

 

Wtedy, wtedy

w tamtym pokoju

dzień się skurczył.

Z półmroku

wyłaniała się

postać mego ojca —

“Ain velt untegemame!”

(“Skończył się jeden świat!”)

Z oczu Nieskończoności

emanowało Zdziwienie.

Chór intonował

Kadysz na wsze czasy —

Wieczny jest nasz Bóg.

Na podłodze, zwłoki

mojej matki.

Uśmiech maskował

Szczękę, która spinała

jej złudzenia, romantyczne

sny dziewczyny o ustach

karminowych, kiedyś

Miss w Kole Izraelitów.

Niemy film

w zwolnionym tempie.

Czułem wtedy

Każdy nerw pamięci i

uwagi i mówiłem jej

to koniec.

Już nigdy nie będę twoim

cesarzem.

Kiedyś w nocy zapytał mnie syn —

Dlaczego masz takie smutne oczy?

Moja matka umarła niewidoma.

 

 

OSTROWIEC

 

Gdzie nigdy

nie byłem,

miejsce bez szerokości

i długości geograficznej.

 

Gdzie mieszkają

moje upiory,

pogrzebane sny.

 

Obecny w złym śnie,

azymut pamięci.

 

Obraz w lustrze

pomnożony

co prześladuje, śledzi.

 

 

***

 

Wczoraj,

Przedwczoraj,

w odległym wspomnieniu,

gdyby mogła,

architektura pamięci,

inną ułożyłaby historię.

 

Mówiłbym matce

czule – tak, jesteś

artystką, choć dziwne

wydają ci się własne wiersze

 

I ojcu, w lodowatej sieni,

gdzie nas zesłano,

śpiewałbym wszystkie możliwe

pieśni wdzięczności.

 

To niemożliwe, zostaje tylko rozpacz,

pogoń w złych snach

za zajętymi, zapomnianymi, milczącymi

telefonami, za ukrytymi,

uciekającymi adresami.

 

Bezlitosna, nieznośna pustka.

 

 

NA ILE SIĘ ZNAM I NIE ZNAM

 

Moja matka, z domu Fanny Elwing,

Córka Anny i Arona Elwing,

“Schoichet” z Ostrowca, w Polsce.

Mój ojciec, Ludwik Goldberg,

syn Chany i Alte Goldberg, z Ostrowca.

Kiedy żyli, nigdy nie pomyślałem,

że, tak naprawdę, byli aniołami,

emigrantami z pewnego utraconego raju.

Później, kiedy odeszli (wrócili?),

po nocach, pełnych koszmarnych snów,

myślę co bym im powiedział, gdym

teraz znów ich spotkał?

Może powiedziałbym:

– “To wy, hm...?”

A oni, odpowiedzieliby, jakby nigdy nic:

“Oif’n pripetchok, brent ain faieru”...

 

 

***

 

Gdy wchodzę do gry

Gdy wychodzę z gry

Jestem zwykłym kamieniem.

Gdy gram, mogę wygrać lub przegrać.

Dlatego jestem szachownicą

Gdzie toczy się gra

W której odmawiam udziału.

 

AMÉRIKA

 

Sempre desconfiei que você é a casa que cada um carrega

nas costas,

cabeça, sol, som e vento,

como quem carrega o filho querido,

por entre a tempestade.

 

Uma lembrança que alguém perdeu

de um martírio visionário,

longas terras, de liberdade,

cavaleiros cavalgando,

sem Juiz e sem Rei.

Jovens e crianças delirando um delírio grandioso,

festa de amor, dança, febre, sexo,

velhos rindo de costas ao sol,

em paz com o que foi,

com o que acontecerá.

 

Um pandeiro,

aroma de comida proibida,

pernas compridas, desfilando anseios prolongados,

por festivais de anedota e trégua.

Marti, Bolivar, Colombo,

um desafio seco à maldição,

Tiradentes, um dentista enlouquecido pela festa da cor,

vida, emancipação.

 

Um cholo deitado,

nas cordilheiras,

um índio navajo espelhando na água

sua crença num amanhã

de paz.

Uma garota saborosa

de tranças, trançando uma de bilhetes

no recreio da escolhinha mexicana,

lendo, às escondidas,

ouvindo um apelo de amor

do moleque francês do Canadá.

 

Uhm, uhm, uhm.

Que sons terríveis se ouvem no chão da América,

gente.

Peladas e miseráveis, populações sugadas pelos donos da banana,

Do ouro, do açucar,

a indústria de querer vestir a européia.

Mas não são sinos de finados,

São sinos de alerta que eu ouço

no assobio da invocação

(existe outra palavra mais brava, mas não cabe no jeito mineiro)

que percorre,

como calafrios de esperança,

as minas de estanho,

os gemidos da gravidez desta terra curtida

por homens que caminham descalços,

com cargas de burros.

 

Paraguai de Élvio Romero,

Assunção,

pátria idolatrada,

onde se cambia dinheiro e alma pela praça,

mas se fala um troco guarani,

por trás dos móveis quebrados.

No sul, norte, leste,

sei lá os pontos cardeais,

o coração tem pontos cardeais?

Reside um filho de asteca, maia,

num Peru ou Uruguais,

de estradas atômicas,

num mundo de arrebóis.

 

Vou lamber suas feridas, Amérika,

desastradas, infelizes, empobrecidas,

de gente sofrendo, doente, morrendo,

numa guerra por engano,

como um cão leal e raivoso.

 

Os leões virão com os negros

pelos mares para esta terra,

com o desejo do sexo do branco pelo negro,

o erotismo desperdiçado de corpos enganados,

na prosa de Faulkner,

numa fazenda do Sul.

 

Jerônimo,

Ave Pelada,

Touro Sentado,

Nego Pai João!

Palma, Pau, Terra, Cacique, Mulher Antônia.

Zero à esquerda no balanço,

uma palavra pela outra,

um horizonte por uma raiva,

eh, beliscão no opressor,

eh, beliscão no guardião,

 

um cavalo, um avestruz, um garanhão, uma águia,

um canal de frustrações,

Amérika nos nossos pés; nas nossas mãos.

Michabo, Jockeke e Manabocho.

 

 

AMERYKA

 

Zawsze podejrzewałem, że jesteś domem, który każdy niesie

na grzbiecie,

z głową, słońcem, dźwiękiem i wiatrem,

jakby niósł ukochane swe dziecko

w pośród burzy.

 

Utracona pamięć

wizji męczęństwa,

szerokiej ziemi, wolności,

galopujących rycerzy,

bez Sędziego i bez Króla.

 

Dzieci i młodzież w stanie wzniosłego delirium,

święto miłości, taniec, gorączka, seks,

śmiejący się starcy, odwróceni plecami do słońca,

w zgodzie z tym co minęło,

z tym co ma nastąpić.

 

Tamburyn,

zapach zabronionej potrawy,

długie nogi, w defiladzie dalekosiężnych pragnień, 

na festiwalach anegdoty i rozejmu.

Marti, Bolivar, Columb,

suche wyzwanie niedoli przeklętego losu,

Tiradentes, dentysta, oszalały uczestnik święta koloru,

życie, emancypacja.

 

Metys, cholo, leżący

w górach,

Indianin z plemienia Navajo co w lustrze wody

widzi odbicie swej wiary w jutro

pokoju.

Dziewczynka z warkoczykami,

pełna wdzięku, splatając warkocz z biletów

na przerwie w meksykańskiej szkole,

i czytając ukradkiem,

słucha zalecań

francuskiego kolegi z Kanady.

 

Hm, hm, hm.

Ludzie,

cóż to za okropne głosy słychać w amerykańskiej ziemi?

To nadzy nędzarze, wysysani przez właścicieli bananów,

złota, cukru,

przemysłu co ubiera na europejską modłę.

Lecz to nie dzwony pogrzebne,

to dzwony ostrzegawcze, słyszę je

w syku wezwania

(stnieje bardziej dosadne słowo, ale nie przystoi górnikowi z Minas)

które przenika

jak dreszcz nadziei

kopalnie cyny,

jęki porodowe tej ziemi garbowanej

przez bosonogich piechurów,

obładowanych jak juczne osły.

 

Paragwaj Elvia Romero,

Assunción,

ojczyzna obóstwiana,

gdzie na placach wymienia się pieniądze i dusze,

ale za to, za połamanymi meblami,

słychać język guarani.

Na południu, północy, wschodzie

i jakie tam jeszcze strony świata

– czy serce ma strony świata? –

mieszka syn Azteka, Maja,

w Peru, w Urugwaju,

z atomowymi autostradami,

w świecie krwawych zachodów słońca.

 

Będę lizał, jak wierny i wściekły pies,

twoje rany, Ameryko,

rany nieszczęścia, nędzy,

ludzi cierpiących, chorych, umierających,

w wojnie toczonej przez pomyłkę.

 

Lwy przypłyną tutaj morzem

z Murzynami,

z pożądaniem Murzyna przez białego,

zmarnowany erotyzm oszukanych ciał,

w prozie Faulknera,

na farmie Południa.

 

Hieronim,

Nagi Ptak,

Siedzący Byk,

Czarny Ojciec Jan!

Palma, Kij, Ziemia, Kobieta, Antonina.

Saldo zero,

słowo za słowo,

horyzont za wściekłość,

ah, przyłożyć ciemiężcy,

ah, przyłożyć przeorowi,

 

koń, struś, ogier, orzeł,

kanał frustracji,

Ameryka w naszych nogach, w naszych rękach.

Michabo, Jockeke i Manabocho.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jacob Pinheiro Goldberg

 

 

 

A MÁGICA DO EXÍLIO

 

 

MAGIA WYGNANIA

 

 

Seleção e Tradução de Henryk Siewierski

 

PALAVRA DO TRADUTOR

 

            Jacob Pinheiro Goldberg poderia ter nascido em outro continente, se não fossem, quem sabe, seus poemas que necessitavam que ele nascesse no Brasil. Seus pais casaram-se em Juiz de Fora, mas já se conheciam na Polônia de onde vieram na década de 20. Filho de imigrantes, familiarizado desde cedo com a sina e a magia do exílio, fixa sua morada em língua portuguesa do solo fertil brasileiro, seguindo, ao mesmo tempo, uma vida errante, nunca acomodada, de psicólogo, advogado, assistente social e poeta, sempre procurando compreender melhor o outro e a si mesmo. A linhagem judaica de Jacob Pinheiro Goldberg estende seus braços por vastos territórios de outras culturas e, como um grande rio, recebe inúmeros afluentes. Dizia Rousseau, no seu Emílio, que para estudar os homens, no plural, era preciso olhar em volta de si, mas, para estudar o homem, no singular, era preciso enxergar longe, observar as diferenças. O longe, o estranho da terra natal de seus pais, de onde ele veio, mesmo que nunca lá estivesse, é um dos destinos fixos, mas como que subterrâneos desta poesia. E não é de estranhar que o encontro com quem veio de lá tinha se tornado, para os dois, um re-encontro, em que alguns dos poemas passassem a ter outra vida, numa das outras suas línguas originais. Não há porque também estranhar a sua publicação nesta versão bilíngüe no Brasil, pois as duas línguas são daqui: o polonês, língua materna de tantos filhos do Brasil, não é língua estrangeira neste país plural e multilíngüe. 

 

Henryk Siewierski é professor de Literatura da Universidade de Brasília (UnB), doutor em Ciências Humanas pela Universidade Jaguelloniana de Cracóvia; publicou livros de ensaios Encontro das nações (1984), Como ganhei o Brasil de presente (1999) e História da literatura polonesa (2000) e traduziu para o português as obras de escritores poloneses: Bruno Schulz, Bronislaw Geremek, Tomek Tryzna, Andrzej Szczypiorski e Czeslaw Milosz, entre outros.

 

 

SŁOWO OD TŁUMACZA

 

            Jacob Pinheiro Goldberg mógł urodzić się na innym kontynencie gdyby nie, być może, jego wiersze, które wymagały aby urodził się w Brazylii. Jego rodzice pobrali się w Juiz de Fora, lecz znali się już w Polsce, skąd przyjechali tu w latach 20. Syn imigrantów, od małego oswojony z piętnem i magią wygnania,  zadomawia się w języku portugalskim płodnej brazylijskiej ziemi, zarazem jednak wciąż w drodze, niepokorny i nienasycony stara się zawsze, jako psycholog, adwokat opiekun społeczny i poeta, lepiej zrozumieć drugiego i samego siebie. Żydowski rodowód Jacoba Pinheiro Goldberga rozgałęzia się obejmując szerokie połacie innych kultur i, jak wielka rzeka, otrzymuje liczne dopływy. Mówi Rousseau, w Emilu, że chcąc poznać człowieka, w liczbie mnogiej, trzeba rozglądać się wokół siebie, natomiast aby poznać człowieka, w liczbie pojedynczej, należy patrzeć daleko, obserwować różnice. Rodzinna ziemia ojców, daleka i obca, skąd przecież pochodzi, choć nigdy tam nie był, to jeden ze stałych, lecz niejako ukrytych, kierunków w jakim zmierza  ta poezja. I nie należy się dziwić, że spotkanie z przybyszem z tamtych stron stało się, dla obu, niejako spotkaniem po latach, i że w spotkaniu tym niektóre wiersze urodziły się jakby do nowego życia w jednym z języków swego pochodzenia. Nie ma też nic dziwnego w tej dwujęzycznej publikacji tu w Brazylii, obydwa języki są bowiem stąd; polski, język ojczysty tylu Brazylijczyków, nie jest językiem obcym w tym wielokulturowym i wielojęzycznym kraju.

 

 

 

SOLILÓQUIO DO FARAÓ

 

A sedução deste mago ingrato,

Carrega o povo maldito para o Deserto.

Abandona a segurança, a certeza e a

Tranqüilidade, atrás dum Deus da

Imaginação, sem imagens e sem figura,

Que estranho.

 

Povo maldito, que substitui o trabalho

E a disciplina por uma louca anarquia

Que chama liberdade, insubmissos e

Polêmicos.

 

Povo maldito, errante pelo deserto,

Atrás de ilusões e palavras.

Amantes do ritual e do teatro,

Iconoclastas, sem reis e sem hierarquia.

 

Renegam todos os deuses e

Adoram o Sonho.

Povo maldito que há de padecer,

Na dúvida e na busca.

MONOLOG  FARAONA

 

Urok tego nieszczęsnego czarownika

wiedzie przeklęty lud na Pustynię.

Porzucają bezpieczeństwo, pewność i

spokój, dla Boga

Imaginacji, bez wizerunków, bez figur,

Który jest mi obcy.

 

Lud przeklęty, co pracę i dyscyplinę

zastępuje obłąkaną anarchią,

którą zwie wolnością, lud hardy

i problematyczny.

 

Lud przeklęty, idący przez pustynię

za złudzeniami i słowami.

Miłośnicy rytuałów i teatru,

Ikonoklaści, bez królów i bez hierarchii.

 

Wyrzekają się wszystkich bogów,

cześć oddając Marzeniu.

Lud przeklęty, który musi cierpieć

w niepewności i w drodze.

 

 

MÁGICA DO EXÍLIO (2)

 

Ao contrário do que se concebe

não foi o encontro

a origem desta

revelação

a origem foi o desterro

no país dos fantasmas

da América

mergulho nas palavras mortas

cinzas da razão de ser

e a partida seguindo os apagados rastros

do caminho a Kandire

Terra sem Mal.

 

 

CÉU

 

Em que dimensão habita o morto

Quando, no sonho, vive autônomo

(independente do sonhador), embora

acordado, o sonhador, esquecido e

pretensioso, se imagina

regente do seu sonho?

 

 

DANÇA

 

Para os índios sanumá,

a Morte é uma realização do homem,

fruto do homem;

o que também ocorre

entre as azande do Sudão africano.

Doença e morte ligadas

à intenção do homem.

Para os sanumá,

efeito das plantas alawali ou

espíritos saí de.

A proteção dos hekula (espíritos)

vem pelas drogas sakone e palalo

entre cânticos e compassos.

 

 

DE PROPÓSITO

 

Acredita-se que o mal-estar,

a cultura, se origina na informação

de que o homem é o único animal,

que sabe da morte inevitável.

Engano.

O homem é o único animal que sabe

da eternidade e o mal-estar se produz

na incerteza, o estreito vagido entre o

ir e vir.

 

 

A OUTRA FACE DE CAIM

 

E depois Caim foi ao espelho

e, ao olhar-se viu a imagem de Abel.

Percebeu que este seria o

castigo.

Riu-se e pensou: “seria se eu

não fosse Caim”.

Rindo, quebrou o espelho.

 

 

MAGIA WYGNANIA (2)

 

Zródłem tego objawienia

nie było

jak możnaby sądzić

spotkanie

zrodziło się z wygnania

do krainy upiorów

Ameryki

zanurzenia w popiołach słów

miazdze racji bytu

i pójścia zatartym śladem

drogi do Kandire

Ziemi bez Zła.

 

 

NIEBO

 

W jakiej przestrzeni przebywa zmarły

jeśli we śnie jest wolny

(wolny od śniącego), choć

ten co śnił, obudzony, zapomniany

i pretensjonalny, ma się za

pana swego snu?

 

 

TANIEC

 

U Indian Sanumá

śmierć jest spełnieniem się człowieka,

jego owocem;

podobnie jak

u Azande z afrykańskiego Sudanu.

Związek choroby i śmierci

z ludzką wolą.

U Indian Sunumá

to skutek działania roślin alawali lub

duchów saí de.

Opiekę hekulów (duchy)

zapewniają narkotyki sakone i palalo

przy śpiewach i rytmicznych podrygach.

 

 

NAUMYŚLNIE

 

Sądzi się, że źródłem niepokoju,

czytaj kultury, jest wiedza

według której człowiek to jedyne zwierzę,

co wie o nieuchronności śmierci.

Błąd.

Człowiek to jedyne zwierzę co wie

o wieczności i niepokój bierze się

z niepewności, krótkiego jęku między

przyjściem i odejściem..

 

 

DRUGA TWARZ KAINA

 

A potem Kain podszedł do lustra

i przeglądając się, zobaczył twarz Abla.

Zrozumiał — to ma być

kara.

Zaśmiał się i pomyślał: “Czyżbym nie był Kainem?”.

Śmiejąc się rozbił lustro.

 

 

NA TERRA DO BEM-ME-QUER, MAL-ME-QUER

 

nunca fui amigo do Rei

meus heróis de infância foram Tarzã e Flash Gordon

mesclando Hollywood e Biblia

atravessei com Moisés o deserto e recebi a Lei do Sinai

nasci em Juiz de Fora, na terra dos Gerais

não da acomodação

meu pai veio com o navio „Valdívia”, de Ostrowiec, Polônia

sem um tostão no bolso sem falar uma palavra

em português, dezenove anos de idade,

com a opção do suicídio no mar ou

vôo no horizonte

escolheu o céu

ganhou o pão com suor do seu rosto

e dividiu-o comigo e nossa família

cada um vê o mundo segundo sua ótica

no registro biográfico mas também

segundo sua livre assunção como ser

sou outsider por nascimento, destino e vocação

questiono interminavelmente

democracia para mim é um estado de espírito e não

um vocábulo ou um regime político

liberdade é uma reflexão crítica que começa na angústia

e termina na esperança e não bandeira para demagogia

denuncio o torturador e choro o torturado

porque palmilheu os caminhos que passam

pelas fogueiras da Inquisição, Dachau e desembocam

no pau-de-arara

fico com a mãe solteira e desprezo a covardia do pai desertor

um só esfaimado, doente ou abandonado, faz-me

ter vergonha de mim mesmo

enquanto almoço têm criança e velhos

pedindo comida nas esquinas

doentes sacrificados, ignorância universal

animais vitimas nos abatedouros

da nossa sanha de Caim

Caim ecológico que suja os rios

derruba árvores, empesteia atmosfera

a idolátria impera no esquecimento de Deus

eis que a integridade se transforma em corrupção

o assalto em faroeste de televisão

e o traidor se julga mestre e senhor

um rol de decepção?

não

um manifesto na possibilidade de reação

nasci em Minas

meu pai veio veio com o navio „Valdívia”, de Ostrowiec, Polônia,

escolheu o céu

ganhou o pão com suor de seu rosto

 

 

W KRAINIE KOCHA-LUBI-SZANUJE...

 

nigdy nie byłem przyjacielem króla

bohaterami mego dzieciństwa byli Tarzan i Flash Gordon,

mieszanka Hollywoodu i Biblii

z Mojżeszem przeszedłem przez pustynię i otrzymałem Prawo na Synaju

urodziłem się w Juiz de Fora, ziemi Minas Gerais

której obce jest wygodnictwo

mój ojciec przypłynął na statku “Valdivía”, z Ostrowca, z Polski

bez grosza przy duszy, bez znajomości jednego słowa

po portugalsku, miał dziewiętnaście lat

na morzu stanął przed wyborem między samobójstwem

a lotem ponad horyzont

wybrał niebo

pracował na chleb w pocie czoła

dzielił go ze mną i całą naszą rodziną

każdy widzi świat przez pryzmat

swej biografii lecz również

z perspektywy swego wywyższenia jako wolnej istoty

jestem outsiderem z urodzenia, losu i powołania

zadaję nie kończące się pytania

demokracja jest dla mnie stanem ducha a nie

terminem czy systemem politycznym

wolność jest krytyczną refleksją co zaczyna się od niepokoju

a kończy nadzieją i nie szatandarem demagogii

denuncjuję katów i opłakuję torturowanych

bo przemierzyłem drogi wiodące

przez stosy Inkwizycji, Dachau do

pau-de-arara

jestem z samotną matką i w pogardzie mam ojca dezertera

na widok głodnego, chorego, opuszczonego

wstydzę się przed samym sobą

podczas gdy jem obiad, na rogu ulicy

starzec i dziecko proszą o chleb

chorzy uśmiercani, powszechna ignorancja

zwierzęta w rzeźniach ofiarami

krwiożerczego Kaina

Kain ekologiczny zanieczyszcza rzeki

kładzie pokotem drzewa, zatruwa atmosferę

gdy panuje bałwochwalstwo i zapominany jest Bóg 

prawość ustępuje miejsca korupcji

napad jest tylko sceną z telewizyjnego dzikiego Zachodu

zdrajca ma się za mistrza i pana

lista rozczarowań?

nie

wyraz wiary w możliwość reakcji

urodziłem się w Minas

mój ojciec przypłynął na statku “Valdivía”, z Ostrowca, z Polski

wybrał niebo

pracował na chleb w pocie czoła

 

 

TENHO QUE APRENDER

 

A falar em voz baixa

Tenho

Temos

que aprender a falar em voz

beixa.

 

Os surdos estão santos na

zoeira deste mundo que

grita seus erros e desacertos.

 

Num sábado santificado

calar as buzinas apressadas

as máquinas de vapor

os passos que correm o

tic-tac nas calçadas

 

O amor

ruidoso apaixonado

gemendo muito alto

 

Em voz baixa

com os sapos e marrecos

devagarzinho

falar em voz baixa

 

pro meu irmão ouvir.

 

 

MÚSICA DE FUNDO

 

Somos,

neste dia de pedra,

ilhas.

Sombrio dia.

Conto, estremunhado,

as cartas não enviadas.

 

Aflições noturnas,

sem luas.

 

Irmão batido,

o fruto colhido.

Por tudo,

havido e não havido,

desejado.

 

Somos,

neste dia de pedra,

ilhas.

 

 

O CAVALO E EU

 

Extasiado fiquei olhando os

olhos do cavalo. Mas enxergava

mais o êxtase que os seus olhos.

O cavalo, porém, me olhava e

(parece) me enxergava.

 

E assim, ficamos tão perto nos

olhando, e, no entretanto, as

infinitas distâncias,

sei que jamais o enxergaria.

E ele, o cavalo, quem sabe,

pudesse, realmente, me enxergar,

como eu mesmo, jamais me veria.

 

 

ETERNIDADE

 

O Deus Pã morreu sim.

Não obstante Rimbaud e

Fernando Pessoa,

todos os deuses morreram.

 

Mas um só não morre,

porque não nasceu.

 

 

SAGRADO

 

Um dia, voltaremos ao Éden.

E saberemos que a sedução

foi a mentira da Morte.

Portanto, não fomos expulsos.

E a Morte e a Vida foram

os pesadelos da Serpente.

 

NO CÉU, DEUS SE ASSENTA AO LADO DELA

 

Quando, quando

naquela sala

o dia se encurtou.

O vulto do meu pai

saía como destaque

na penumbra —

“Ain velt untegemame!”

(“Um mundo se acabou!”)

Os olhos do Infinito

disparavam o Espanto.

Um côro entoava o

Kadish para sempre —

O Eterno é nosso Deus.

No chão, o cadáver da

minha mãe.

Um sorriso disfarçava

a dentadura que afivelou

suas ilusões, os românticos

sonhos da moça de lábios

carmezins que um dia foi

Miss do Círculo Israelita.

Um filme de cinema

mudo em câmara lenta.

Eu era capaz de visitar

cada nervo da memória e

da atenção e informá-la

acabou.

Nunca mais eu sería seu

imperador.

Uma noite, meu filho perguntou —

Porque são tristes seus olhos?

Minha mãe morreu cega.

 

 

OSTROWIEC

 

Aonde nunca

estive,

sem latitude,

altitude.

 

Aonde moram

meus fantasmas,

sonhos enterrados.

 

Presente nos pesadelos,

azimute na memória.

 

Visão num espelho

Repetitivo que

Persegue, segue.

 

 

***

 

Ontem,

antes-de-ontem,

numa distante lembrança,

se pudesse a

arquitetura da memória,

construiria outra estória.

 

Teria, carinhoso, dito para

minha mãe – sim, você é

uma artista,

embora estranhe seus próprios versos.

 

E, para meu pai, no gélido saguão,

em que fomos exilados,

cantaria a gratidão de todos os

seus rastros.

 

E, impossível, resta agora o desespero,

de correr nos pesadelos,

atrás dos telefones ocupados, esquecidos,

silenciosos, os endereços ocultos,

fugidios.

 

O impiedoso, insuportável vazio.

 

 

ATÉ ONDE ME (DES)CONHEÇO

 

Minha mãe, de solteira Fanny Elwing,

filha de Ana e Aron Elwing,

„Schoichet” de Ostrowiec, Polônia.

Meu pai, Luiz Goldberg,

filho de Chana e Alte Goldberg, de Ostrowiec.

Enquanto vivos, nunca percebi que,

na verdade, eram anjos emigrados

de algum paraíso perdido.

Depois que se foram (de volta?),

em noites de pesadelo, me indago

o que lhes diria se

agora os reencontrasse?

Talvez dissesse:

– „Vocês, hem...?”

E eles, respondendo, disfarçando:

„Oif’n pripetchok, brent ain faieru”...

 

 

***

 

Se fico no jogo

Se saiu do jogo

Sou pedra sem valor.

Se jogo o jogo, ganho ou perco.

Por isso sou o tabuleiro,

Aonde se joga o jogo

Que me recuso a jogar.

 

MUSZĘ SIĘ NAUCZYĆ

 

Mówić ściszonym głosem

Muszę

Musisz

nauczyć się mówić głosem

ściszonym

 

Głusi są świętymi w

w tym hałaśliwym świecie

co wykrzykuje swe błędy i pomyłki

 

W szabas

uciszyć niecierpliwe klaksony

maszyny parowe

miarowe stuk-stuk

pośpiesznych kroków na ulicach

 

Miłość

niedyskretnych kochanków

bardzo głośne jęki

 

Głosem ściszonym

z żabami, z dzikimi kaczkami

powoli

mówić głosem ściszonym

 

aby mój brat usłyszał.

 

 

TŁO MUZYCZNE

 

Jesteśmy

w tym kamiennym dniu

wyspami.

Dzień szary.                                      

Pomysł ze snu wyrwany,             

list nie wysłany.                                    

 

Nocne lęki,

bez księżycowej poręki.

 

Brat katowany,

owoc zbierany.

Za wszystko,

co było i nie było

chciane.

 

Jesteśmy

w tym kamiennym dniu

wyspami.

 

 

KOŃ I JA

 

Oko w oko z koniem

patrzyłem w zachwycie, ale raczej

swój zachwyt widziałem, niż jego oczy.

Koń wszakże na mnie patrzył i

jakby mnie widział.

 

Tak bliscy, patrzyliśmy

na siebie, a równocześnie

nieskończenie dalecy,

i wiem, że nigdy go nie zobaczę.

A on, kto wie,

może jednak mnie widział

jak ja nigdy siebie widział nie będę.

 

 

WIECZNOŚĆ

 

Tak, bóg Pã umarł.

Wbrew temu co mówili Rimbaud i

Fernando Pessoa,

wszyscy bogowie pomarli.

 

Jeden tylko nie umiera,

bo się nie urodził.

 

 

SACRUM

 

Kiedyś wrócimy do Raju

I przekonamy się, że pokusa

była kłamstwem Śmierci.

Więc nie zostaliśmy wypędzeni.

Śmierć i Życie były tylko

Koszmarnym snem Węża.

 

W NIEBIE, BÓG ZASIADA U JEJ BOKU

 

 

Wtedy, wtedy

w tamtym pokoju

dzień się skurczył.

Z półmroku

wyłaniała się

postać mego ojca —

“Ain velt untegemame!”

(“Skończył się jeden świat!”)

Z oczu Nieskończoności

emanowało Zdziwienie.

Chór intonował

Kadysz na wsze czasy —

Wieczny jest nasz Bóg.

Na podłodze, zwłoki

mojej matki.

Uśmiech maskował

Szczękę, która spinała

jej złudzenia, romantyczne

sny dziewczyny o ustach

karminowych, kiedyś

Miss w Kole Izraelitów.

Niemy film

w zwolnionym tempie.

Czułem wtedy

Każdy nerw pamięci i

uwagi i mówiłem jej

to koniec.

Już nigdy nie będę twoim

cesarzem.

Kiedyś w nocy zapytał mnie syn —

Dlaczego masz takie smutne oczy?

Moja matka umarła niewidoma.

 

 

OSTROWIEC

 

Gdzie nigdy

nie byłem,

miejsce bez szerokości

i długości geograficznej.

 

Gdzie mieszkają

moje upiory,

pogrzebane sny.

 

Obecny w złym śnie,

azymut pamięci.

 

Obraz w lustrze

pomnożony

co prześladuje, śledzi.

 

 

***

 

Wczoraj,

Przedwczoraj,

w odległym wspomnieniu,

gdyby mogła,

architektura pamięci,

inną ułożyłaby historię.

 

Mówiłbym matce

czule – tak, jesteś

artystką, choć dziwne

wydają ci się własne wiersze

 

I ojcu, w lodowatej sieni,

gdzie nas zesłano,

śpiewałbym wszystkie możliwe

pieśni wdzięczności.

 

To niemożliwe, zostaje tylko rozpacz,

pogoń w złych snach

za zajętymi, zapomnianymi, milczącymi

telefonami, za ukrytymi,

uciekającymi adresami.

 

Bezlitosna, nieznośna pustka.

 

 

NA ILE SIĘ ZNAM I NIE ZNAM

 

Moja matka, z domu Fanny Elwing,

Córka Anny i Arona Elwing,

“Schoichet” z Ostrowca, w Polsce.

Mój ojciec, Ludwik Goldberg,

syn Chany i Alte Goldberg, z Ostrowca.

Kiedy żyli, nigdy nie pomyślałem,

że, tak naprawdę, byli aniołami,

emigrantami z pewnego utraconego raju.

Później, kiedy odeszli (wrócili?),

po nocach, pełnych koszmarnych snów,

myślę co bym im powiedział, gdym

teraz znów ich spotkał?

Może powiedziałbym:

– “To wy, hm...?”

A oni, odpowiedzieliby, jakby nigdy nic:

“Oif’n pripetchok, brent ain faieru”...

 

 

***

 

Gdy wchodzę do gry

Gdy wychodzę z gry

Jestem zwykłym kamieniem.

Gdy gram, mogę wygrać lub przegrać.

Dlatego jestem szachownicą

Gdzie toczy się gra

W której odmawiam udziału.

 

AMÉRIKA

 

Sempre desconfiei que você é a casa que cada um carrega

nas costas,

cabeça, sol, som e vento,

como quem carrega o filho querido,

por entre a tempestade.

 

Uma lembrança que alguém perdeu

de um martírio visionário,

longas terras, de liberdade,

cavaleiros cavalgando,

sem Juiz e sem Rei.

Jovens e crianças delirando um delírio grandioso,

festa de amor, dança, febre, sexo,

velhos rindo de costas ao sol,

em paz com o que foi,

com o que acontecerá.

 

Um pandeiro,

aroma de comida proibida,

pernas compridas, desfilando anseios prolongados,

por festivais de anedota e trégua.

Marti, Bolivar, Colombo,

um desafio seco à maldição,

Tiradentes, um dentista enlouquecido pela festa da cor,

vida, emancipação.

 

Um cholo deitado,

nas cordilheiras,

um índio navajo espelhando na água

sua crença num amanhã

de paz.

Uma garota saborosa

de tranças, trançando uma de bilhetes

no recreio da escolhinha mexicana,

lendo, às escondidas,

ouvindo um apelo de amor

do moleque francês do Canadá.

 

Uhm, uhm, uhm.

Que sons terríveis se ouvem no chão da América,

gente.

Peladas e miseráveis, populações sugadas pelos donos da banana,

Do ouro, do açucar,

a indústria de querer vestir a européia.

Mas não são sinos de finados,

São sinos de alerta que eu ouço

no assobio da invocação

(existe outra palavra mais brava, mas não cabe no jeito mineiro)

que percorre,

como calafrios de esperança,

as minas de estanho,

os gemidos da gravidez desta terra curtida

por homens que caminham descalços,

com cargas de burros.

 

Paraguai de Élvio Romero,

Assunção,

pátria idolatrada,

onde se cambia dinheiro e alma pela praça,

mas se fala um troco guarani,

por trás dos móveis quebrados.

No sul, norte, leste,

sei lá os pontos cardeais,

o coração tem pontos cardeais?

Reside um filho de asteca, maia,

num Peru ou Uruguais,

de estradas atômicas,

num mundo de arrebóis.

 

Vou lamber suas feridas, Amérika,

desastradas, infelizes, empobrecidas,

de gente sofrendo, doente, morrendo,

numa guerra por engano,

como um cão leal e raivoso.

 

Os leões virão com os negros

pelos mares para esta terra,

com o desejo do sexo do branco pelo negro,

o erotismo desperdiçado de corpos enganados,

na prosa de Faulkner,

numa fazenda do Sul.

 

Jerônimo,

Ave Pelada,

Touro Sentado,

Nego Pai João!

Palma, Pau, Terra, Cacique, Mulher Antônia.

Zero à esquerda no balanço,

uma palavra pela outra,

um horizonte por uma raiva,

eh, beliscão no opressor,

eh, beliscão no guardião,

 

um cavalo, um avestruz, um garanhão, uma águia,

um canal de frustrações,

Amérika nos nossos pés; nas nossas mãos.

Michabo, Jockeke e Manabocho.

 

 

AMERYKA

 

Zawsze podejrzewałem, że jesteś domem, który każdy niesie

na grzbiecie,

z głową, słońcem, dźwiękiem i wiatrem,

jakby niósł ukochane swe dziecko

w pośród burzy.

 

Utracona pamięć

wizji męczęństwa,

szerokiej ziemi, wolności,

galopujących rycerzy,

bez Sędziego i bez Króla.

 

Dzieci i młodzież w stanie wzniosłego delirium,

święto miłości, taniec, gorączka, seks,

śmiejący się starcy, odwróceni plecami do słońca,

w zgodzie z tym co minęło,

z tym co ma nastąpić.

 

Tamburyn,

zapach zabronionej potrawy,

długie nogi, w defiladzie dalekosiężnych pragnień, 

na festiwalach anegdoty i rozejmu.

Marti, Bolivar, Columb,

suche wyzwanie niedoli przeklętego losu,

Tiradentes, dentysta, oszalały uczestnik święta koloru,

życie, emancypacja.

 

Metys, cholo, leżący

w górach,

Indianin z plemienia Navajo co w lustrze wody

widzi odbicie swej wiary w jutro

pokoju.

Dziewczynka z warkoczykami,

pełna wdzięku, splatając warkocz z biletów

na przerwie w meksykańskiej szkole,

i czytając ukradkiem,

słucha zalecań

francuskiego kolegi z Kanady.

 

Hm, hm, hm.

Ludzie,

cóż to za okropne głosy słychać w amerykańskiej ziemi?

To nadzy nędzarze, wysysani przez właścicieli bananów,

złota, cukru,

przemysłu co ubiera na europejską modłę.

Lecz to nie dzwony pogrzebne,

to dzwony ostrzegawcze, słyszę je

w syku wezwania

(stnieje bardziej dosadne słowo, ale nie przystoi górnikowi z Minas)

które przenika

jak dreszcz nadziei

kopalnie cyny,

jęki porodowe tej ziemi garbowanej

przez bosonogich piechurów,

obładowanych jak juczne osły.

 

Paragwaj Elvia Romero,

Assunción,

ojczyzna obóstwiana,

gdzie na placach wymienia się pieniądze i dusze,

ale za to, za połamanymi meblami,

słychać język guarani.

Na południu, północy, wschodzie

i jakie tam jeszcze strony świata

– czy serce ma strony świata? –

mieszka syn Azteka, Maja,

w Peru, w Urugwaju,

z atomowymi autostradami,

w świecie krwawych zachodów słońca.

 

Będę lizał, jak wierny i wściekły pies,

twoje rany, Ameryko,

rany nieszczęścia, nędzy,

ludzi cierpiących, chorych, umierających,

w wojnie toczonej przez pomyłkę.

 

Lwy przypłyną tutaj morzem

z Murzynami,

z pożądaniem Murzyna przez białego,

zmarnowany erotyzm oszukanych ciał,

w prozie Faulknera,

na farmie Południa.

 

Hieronim,

Nagi Ptak,

Siedzący Byk,

Czarny Ojciec Jan!

Palma, Kij, Ziemia, Kobieta, Antonina.

Saldo zero,

słowo za słowo,

horyzont za wściekłość,

ah, przyłożyć ciemiężcy,

ah, przyłożyć przeorowi,

 

koń, struś, ogier, orzeł,

kanał frustracji,

Ameryka w naszych nogach, w naszych rękach.

Michabo, Jockeke i Manabocho.