|
A MÁGICA DO EXÍLIO
|
MAGIA WYGNANIA
|
Seleção e Tradução de Henryk Siewierski
Jacob Pinheiro Goldberg poderia ter nascido em outro continente, se não fossem, quem sabe, seus poemas que necessitavam que ele nascesse no Brasil. Seus pais casaram-se em Juiz de Fora, mas já se conheciam na Polônia de onde vieram na década de 20. Filho de imigrantes, familiarizado desde cedo com a sina e a magia do exílio, fixa sua morada em língua portuguesa do solo fertil brasileiro, seguindo, ao mesmo tempo, uma vida errante, nunca acomodada, de psicólogo, advogado, assistente social e poeta, sempre procurando compreender melhor o outro e a si mesmo. A linhagem judaica de Jacob Pinheiro Goldberg estende seus braços por vastos territórios de outras culturas e, como um grande rio, recebe inúmeros afluentes. Dizia Rousseau, no seu Emílio, que para estudar os homens, no plural, era preciso olhar em volta de si, mas, para estudar o homem, no singular, era preciso enxergar longe, observar as diferenças. O longe, o estranho da terra natal de seus pais, de onde ele veio, mesmo que nunca lá estivesse, é um dos destinos fixos, mas como que subterrâneos desta poesia. E não é de estranhar que o encontro com quem veio de lá tinha se tornado, para os dois, um re-encontro, em que alguns dos poemas passassem a ter outra vida, numa das outras suas línguas originais. Não há porque também estranhar a sua publicação nesta versão bilíngüe no Brasil, pois as duas línguas são daqui: o polonês, língua materna de tantos filhos do Brasil, não é língua estrangeira neste país plural e multilíngüe.
Henryk Siewierski é professor de Literatura da Universidade de Brasília (UnB), doutor em Ciências Humanas pela Universidade Jaguelloniana de Cracóvia; publicou livros de ensaios Encontro das nações (1984), Como ganhei o Brasil de presente (1999) e História da literatura polonesa (2000) e traduziu para o português as obras de escritores poloneses: Bruno Schulz, Bronislaw Geremek, Tomek Tryzna, Andrzej Szczypiorski e Czeslaw Milosz, entre outros.
Jacob Pinheiro Goldberg mógł urodzić się na innym kontynencie gdyby nie, być może, jego wiersze, które wymagały aby urodził się w Brazylii. Jego rodzice pobrali się w Juiz de Fora, lecz znali się już w Polsce, skąd przyjechali tu w latach 20. Syn imigrantów, od małego oswojony z piętnem i magią wygnania, zadomawia się w języku portugalskim płodnej brazylijskiej ziemi, zarazem jednak wciąż w drodze, niepokorny i nienasycony stara się zawsze, jako psycholog, adwokat opiekun społeczny i poeta, lepiej zrozumieć drugiego i samego siebie. Żydowski rodowód Jacoba Pinheiro Goldberga rozgałęzia się obejmując szerokie połacie innych kultur i, jak wielka rzeka, otrzymuje liczne dopływy. Mówi Rousseau, w Emilu, że chcąc poznać człowieka, w liczbie mnogiej, trzeba rozglądać się wokół siebie, natomiast aby poznać człowieka, w liczbie pojedynczej, należy patrzeć daleko, obserwować różnice. Rodzinna ziemia ojców, daleka i obca, skąd przecież pochodzi, choć nigdy tam nie był, to jeden ze stałych, lecz niejako ukrytych, kierunków w jakim zmierza ta poezja. I nie należy się dziwić, że spotkanie z przybyszem z tamtych stron stało się, dla obu, niejako spotkaniem po latach, i że w spotkaniu tym niektóre wiersze urodziły się jakby do nowego życia w jednym z języków swego pochodzenia. Nie ma też nic dziwnego w tej dwujęzycznej publikacji tu w Brazylii, obydwa języki są bowiem stąd; polski, język ojczysty tylu Brazylijczyków, nie jest językiem obcym w tym wielokulturowym i wielojęzycznym kraju.
SOLILÓQUIO DO FARAÓ
A sedução deste mago ingrato, Carrega o povo maldito para o Deserto. Abandona a segurança, a certeza e a Tranqüilidade, atrás dum Deus da Imaginação, sem imagens e sem figura, Que estranho.
Povo maldito, que substitui o trabalho E a disciplina por uma louca anarquia Que chama liberdade, insubmissos e Polêmicos.
Povo maldito, errante pelo deserto, Atrás de ilusões e palavras. Amantes do ritual e do teatro, Iconoclastas, sem reis e sem hierarquia.
Renegam todos os deuses e Adoram o Sonho. Povo maldito que há de padecer, Na dúvida e na busca. |
MONOLOG FARAONA
Urok tego nieszczęsnego czarownika wiedzie przeklęty lud na Pustynię. Porzucają bezpieczeństwo, pewność i spokój, dla Boga Imaginacji, bez wizerunków, bez figur, Który jest mi obcy.
Lud przeklęty, co pracę i dyscyplinę zastępuje obłąkaną anarchią, którą zwie wolnością, lud hardy i problematyczny.
Lud przeklęty, idący przez pustynię za złudzeniami i słowami. Miłośnicy rytuałów i teatru, Ikonoklaści, bez królów i bez hierarchii.
Wyrzekają się wszystkich bogów, cześć oddając Marzeniu. Lud przeklęty, który musi cierpieć w niepewności i w drodze.
|
|
MÁGICA DO EXÍLIO (2)
Ao contrário do que se concebe não foi o encontro a origem desta revelação a origem foi o desterro no país dos fantasmas da América mergulho nas palavras mortas cinzas da razão de ser e a partida seguindo os apagados rastros do caminho a Kandire Terra sem Mal.
CÉU
Em que dimensão habita o morto Quando, no sonho, vive autônomo (independente do sonhador), embora acordado, o sonhador, esquecido e pretensioso, se imagina regente do seu sonho?
DANÇA
Para os índios sanumá, a Morte é uma realização do homem, fruto do homem; o que também ocorre entre as azande do Sudão africano. Doença e morte ligadas à intenção do homem. Para os sanumá, efeito das plantas alawali ou espíritos saí de. A proteção dos hekula (espíritos) vem pelas drogas sakone e palalo entre cânticos e compassos.
DE PROPÓSITO
Acredita-se que o mal-estar, a cultura, se origina na informação de que o homem é o único animal, que sabe da morte inevitável. Engano. O homem é o único animal que sabe da eternidade e o mal-estar se produz na incerteza, o estreito vagido entre o ir e vir.
A OUTRA FACE DE CAIM
E depois Caim foi ao espelho e, ao olhar-se viu a imagem de Abel. Percebeu que este seria o castigo. Riu-se e pensou: “seria se eu não fosse Caim”. Rindo, quebrou o espelho.
|
MAGIA WYGNANIA (2)
Zródłem tego objawienia nie było jak możnaby sądzić spotkanie zrodziło się z wygnania do krainy upiorów Ameryki zanurzenia w popiołach słów miazdze racji bytu i pójścia zatartym śladem drogi do Kandire Ziemi bez Zła.
NIEBO
W jakiej przestrzeni przebywa zmarły jeśli we śnie jest wolny (wolny od śniącego), choć ten co śnił, obudzony, zapomniany i pretensjonalny, ma się za pana swego snu?
TANIEC
U Indian Sanumá śmierć jest spełnieniem się człowieka, jego owocem; podobnie jak u Azande z afrykańskiego Sudanu. Związek choroby i śmierci z ludzką wolą. U Indian Sunumá to skutek działania roślin alawali lub duchów saí de. Opiekę hekulów (duchy) zapewniają narkotyki sakone i palalo przy śpiewach i rytmicznych podrygach.
NAUMYŚLNIE
Sądzi się, że źródłem niepokoju, czytaj kultury, jest wiedza według której człowiek to jedyne zwierzę, co wie o nieuchronności śmierci. Błąd. Człowiek to jedyne zwierzę co wie o wieczności i niepokój bierze się z niepewności, krótkiego jęku między przyjściem i odejściem..
DRUGA TWARZ KAINA
A potem Kain podszedł do lustra i przeglądając się, zobaczył twarz Abla. Zrozumiał — to ma być kara. Zaśmiał się i pomyślał: “Czyżbym nie był Kainem?”. Śmiejąc się rozbił lustro.
|
nunca fui amigo do Rei
meus heróis de infância foram Tarzã e Flash Gordon
mesclando Hollywood e Biblia
atravessei com Moisés o deserto e recebi a Lei do Sinai
nasci em Juiz de Fora, na terra dos Gerais
não da acomodação
meu pai veio com o navio „Valdívia”, de Ostrowiec, Polônia
sem um tostão no bolso sem falar uma palavra
em português, dezenove anos de idade,
com a opção do suicídio no mar ou
vôo no horizonte
escolheu o céu
ganhou o pão com suor do seu rosto
e dividiu-o comigo e nossa família
cada um vê o mundo segundo sua ótica
no registro biográfico mas também
segundo sua livre assunção como ser
sou outsider por nascimento, destino e vocação
questiono interminavelmente
democracia para mim é um estado de espírito e não
um vocábulo ou um regime político
liberdade é uma reflexão crítica que começa na angústia
e termina na esperança e não bandeira para demagogia
denuncio o torturador e choro o torturado
porque palmilheu os caminhos que passam
pelas fogueiras da Inquisição, Dachau e desembocam
no pau-de-arara
fico com a mãe solteira e desprezo a covardia do pai desertor
um só esfaimado, doente ou abandonado, faz-me
ter vergonha de mim mesmo
enquanto almoço têm criança e velhos
pedindo comida nas esquinas
doentes sacrificados, ignorância universal
animais vitimas nos abatedouros
da nossa sanha de Caim
Caim ecológico que suja os rios
derruba árvores, empesteia atmosfera
a idolátria impera no esquecimento de Deus
eis que a integridade se transforma em corrupção
o assalto em faroeste de televisão
e o traidor se julga mestre e senhor
um rol de decepção?
não
um manifesto na possibilidade de reação
nasci em Minas
meu pai veio veio com o navio „Valdívia”, de Ostrowiec, Polônia,
escolheu o céu
ganhou o pão com suor de seu rosto
W KRAINIE KOCHA-LUBI-SZANUJE...
nigdy nie byłem przyjacielem króla
bohaterami mego dzieciństwa byli Tarzan i Flash Gordon,
mieszanka Hollywoodu i Biblii
z Mojżeszem przeszedłem przez pustynię i otrzymałem Prawo na Synaju
urodziłem się w Juiz de Fora, ziemi Minas Gerais
której obce jest wygodnictwo
mój ojciec przypłynął na statku “Valdivía”, z Ostrowca, z Polski
bez grosza przy duszy, bez znajomości jednego słowa
po portugalsku, miał dziewiętnaście lat
na morzu stanął przed wyborem między samobójstwem
a lotem ponad horyzont
wybrał niebo
pracował na chleb w pocie czoła
dzielił go ze mną i całą naszą rodziną
każdy widzi świat przez pryzmat
swej biografii lecz również
z perspektywy swego wywyższenia jako wolnej istoty
jestem outsiderem z urodzenia, losu i powołania
zadaję nie kończące się pytania
demokracja jest dla mnie stanem ducha a nie
terminem czy systemem politycznym
wolność jest krytyczną refleksją co zaczyna się od niepokoju
a kończy nadzieją i nie szatandarem demagogii
denuncjuję katów i opłakuję torturowanych
bo przemierzyłem drogi wiodące
przez stosy Inkwizycji, Dachau do
pau-de-arara
jestem z samotną matką i w pogardzie mam ojca dezertera
na widok głodnego, chorego, opuszczonego
wstydzę się przed samym sobą
podczas gdy jem obiad, na rogu ulicy
starzec i dziecko proszą o chleb
chorzy uśmiercani, powszechna ignorancja
zwierzęta w rzeźniach ofiarami
krwiożerczego Kaina
Kain ekologiczny zanieczyszcza rzeki
kładzie pokotem drzewa, zatruwa atmosferę
gdy panuje bałwochwalstwo i zapominany jest Bóg
prawość ustępuje miejsca korupcji
napad jest tylko sceną z telewizyjnego dzikiego Zachodu
zdrajca ma się za mistrza i pana
lista rozczarowań?
nie
wyraz wiary w możliwość reakcji
urodziłem się w Minas
mój ojciec przypłynął na statku “Valdivía”, z Ostrowca, z Polski
wybrał niebo
pracował na chleb w pocie czoła
TENHO QUE APRENDER
A falar em voz baixa Tenho Temos que aprender a falar em voz beixa.
Os surdos estão santos na zoeira deste mundo que grita seus erros e desacertos.
Num sábado santificado calar as buzinas apressadas as máquinas de vapor os passos que correm o tic-tac nas calçadas
O amor ruidoso apaixonado gemendo muito alto
Em voz baixa com os sapos e marrecos devagarzinho falar em voz baixa
pro meu irmão ouvir.
MÚSICA DE FUNDO
Somos, neste dia de pedra, ilhas. Sombrio dia. Conto, estremunhado, as cartas não enviadas.
Aflições noturnas, sem luas.
Irmão batido, o fruto colhido. Por tudo, havido e não havido, desejado.
Somos, neste dia de pedra, ilhas.
O CAVALO E EU
Extasiado fiquei olhando os olhos do cavalo. Mas enxergava mais o êxtase que os seus olhos. O cavalo, porém, me olhava e (parece) me enxergava.
E assim, ficamos tão perto nos olhando, e, no entretanto, as infinitas distâncias, sei que jamais o enxergaria. E ele, o cavalo, quem sabe, pudesse, realmente, me enxergar, como eu mesmo, jamais me veria.
ETERNIDADE
O Deus Pã morreu sim. Não obstante Rimbaud e Fernando Pessoa, todos os deuses morreram.
Mas um só não morre, porque não nasceu.
SAGRADO
Um dia, voltaremos ao Éden. E saberemos que a sedução foi a mentira da Morte. Portanto, não fomos expulsos. E a Morte e a Vida foram os pesadelos da Serpente.
NO CÉU, DEUS SE ASSENTA AO LADO DELA
Quando, quando naquela sala o dia se encurtou. O vulto do meu pai saía como destaque na penumbra — “Ain velt untegemame!” (“Um mundo se acabou!”) Os olhos do Infinito disparavam o Espanto. Um côro entoava o Kadish para sempre — O Eterno é nosso Deus. No chão, o cadáver da minha mãe. Um sorriso disfarçava a dentadura que afivelou suas ilusões, os românticos sonhos da moça de lábios carmezins que um dia foi Miss do Círculo Israelita. Um filme de cinema mudo em câmara lenta. Eu era capaz de visitar cada nervo da memória e da atenção e informá-la acabou. Nunca mais eu sería seu imperador. Uma noite, meu filho perguntou — Porque são tristes seus olhos? Minha mãe morreu cega.
OSTROWIEC
Aonde nunca estive, sem latitude, altitude.
Aonde moram meus fantasmas, sonhos enterrados.
Presente nos pesadelos, azimute na memória.
Visão num espelho Repetitivo que Persegue, segue.
***
Ontem, antes-de-ontem, numa distante lembrança, se pudesse a arquitetura da memória, construiria outra estória.
Teria, carinhoso, dito para minha mãe – sim, você é uma artista, embora estranhe seus próprios versos.
E, para meu pai, no gélido saguão, em que fomos exilados, cantaria a gratidão de todos os seus rastros.
E, impossível, resta agora o desespero, de correr nos pesadelos, atrás dos telefones ocupados, esquecidos, silenciosos, os endereços ocultos, fugidios.
O impiedoso, insuportável vazio.
ATÉ ONDE ME (DES)CONHEÇO
Minha mãe, de solteira Fanny Elwing, filha de Ana e Aron Elwing, „Schoichet” de Ostrowiec, Polônia. Meu pai, Luiz Goldberg, filho de Chana e Alte Goldberg, de Ostrowiec. Enquanto vivos, nunca percebi que, na verdade, eram anjos emigrados de algum paraíso perdido. Depois que se foram (de volta?), em noites de pesadelo, me indago o que lhes diria se agora os reencontrasse? Talvez dissesse: – „Vocês, hem...?” E eles, respondendo, disfarçando: „Oif’n pripetchok, brent ain faieru”...
***
Se fico no jogo Se saiu do jogo Sou pedra sem valor. Se jogo o jogo, ganho ou perco. Por isso sou o tabuleiro, Aonde se joga o jogo Que me recuso a jogar.
|
MUSZĘ SIĘ NAUCZYĆ
Mówić ściszonym głosem Muszę Musisz nauczyć się mówić głosem ściszonym
Głusi są świętymi w w tym hałaśliwym świecie co wykrzykuje swe błędy i pomyłki
W szabas uciszyć niecierpliwe klaksony maszyny parowe miarowe stuk-stuk pośpiesznych kroków na ulicach
Miłość niedyskretnych kochanków bardzo głośne jęki
Głosem ściszonym z żabami, z dzikimi kaczkami powoli mówić głosem ściszonym
aby mój brat usłyszał.
TŁO MUZYCZNE
Jesteśmy w tym kamiennym dniu wyspami. Dzień szary. Pomysł ze snu wyrwany, list nie wysłany.
Nocne lęki, bez księżycowej poręki.
Brat katowany, owoc zbierany. Za wszystko, co było i nie było chciane.
Jesteśmy w tym kamiennym dniu wyspami.
KOŃ I JA
Oko w oko z koniem patrzyłem w zachwycie, ale raczej swój zachwyt widziałem, niż jego oczy. Koń wszakże na mnie patrzył i jakby mnie widział.
Tak bliscy, patrzyliśmy na siebie, a równocześnie nieskończenie dalecy, i wiem, że nigdy go nie zobaczę. A on, kto wie, może jednak mnie widział jak ja nigdy siebie widział nie będę.
WIECZNOŚĆ
Tak, bóg Pã umarł. Wbrew temu co mówili Rimbaud i Fernando Pessoa, wszyscy bogowie pomarli.
Jeden tylko nie umiera, bo się nie urodził.
SACRUM
Kiedyś wrócimy do Raju I przekonamy się, że pokusa była kłamstwem Śmierci. Więc nie zostaliśmy wypędzeni. Śmierć i Życie były tylko Koszmarnym snem Węża.
W NIEBIE, BÓG ZASIADA U JEJ BOKU
Wtedy, wtedy w tamtym pokoju dzień się skurczył. Z półmroku wyłaniała się postać mego ojca — “Ain velt untegemame!” (“Skończył się jeden świat!”) Z oczu Nieskończoności emanowało Zdziwienie. Chór intonował Kadysz na wsze czasy — Wieczny jest nasz Bóg. Na podłodze, zwłoki mojej matki. Uśmiech maskował Szczękę, która spinała jej złudzenia, romantyczne sny dziewczyny o ustach karminowych, kiedyś Miss w Kole Izraelitów. Niemy film w zwolnionym tempie. Czułem wtedy Każdy nerw pamięci i uwagi i mówiłem jej to koniec. Już nigdy nie będę twoim cesarzem. Kiedyś w nocy zapytał mnie syn — Dlaczego masz takie smutne oczy? Moja matka umarła niewidoma.
OSTROWIEC
Gdzie nigdy nie byłem, miejsce bez szerokości i długości geograficznej.
Gdzie mieszkają moje upiory, pogrzebane sny.
Obecny w złym śnie, azymut pamięci.
Obraz w lustrze pomnożony co prześladuje, śledzi.
***
Wczoraj, Przedwczoraj, w odległym wspomnieniu, gdyby mogła, architektura pamięci, inną ułożyłaby historię.
Mówiłbym matce czule – tak, jesteś artystką, choć dziwne wydają ci się własne wiersze
I ojcu, w lodowatej sieni, gdzie nas zesłano, śpiewałbym wszystkie możliwe pieśni wdzięczności.
To niemożliwe, zostaje tylko rozpacz, pogoń w złych snach za zajętymi, zapomnianymi, milczącymi telefonami, za ukrytymi, uciekającymi adresami.
Bezlitosna, nieznośna pustka.
NA ILE SIĘ ZNAM I NIE ZNAM
Moja matka, z domu Fanny Elwing, Córka Anny i Arona Elwing, “Schoichet” z Ostrowca, w Polsce. Mój ojciec, Ludwik Goldberg, syn Chany i Alte Goldberg, z Ostrowca. Kiedy żyli, nigdy nie pomyślałem, że, tak naprawdę, byli aniołami, emigrantami z pewnego utraconego raju. Później, kiedy odeszli (wrócili?), po nocach, pełnych koszmarnych snów, myślę co bym im powiedział, gdym teraz znów ich spotkał? Może powiedziałbym: – “To wy, hm...?” A oni, odpowiedzieliby, jakby nigdy nic: “Oif’n pripetchok, brent ain faieru”...
***
Gdy wchodzę do gry Gdy wychodzę z gry Jestem zwykłym kamieniem. Gdy gram, mogę wygrać lub przegrać. Dlatego jestem szachownicą Gdzie toczy się gra W której odmawiam udziału. |
Sempre desconfiei que você é a casa que cada um carrega
nas costas,
cabeça, sol, som e vento,
como quem carrega o filho querido,
por entre a tempestade.
Uma lembrança que alguém perdeu
de um martírio visionário,
longas terras, de liberdade,
cavaleiros cavalgando,
sem Juiz e sem Rei.
Jovens e crianças delirando um delírio grandioso,
festa de amor, dança, febre, sexo,
velhos rindo de costas ao sol,
em paz com o que foi,
com o que acontecerá.
Um pandeiro,
aroma de comida proibida,
pernas compridas, desfilando anseios prolongados,
por festivais de anedota e trégua.
Marti, Bolivar, Colombo,
um desafio seco à maldição,
Tiradentes, um dentista enlouquecido pela festa da cor,
vida, emancipação.
Um cholo deitado,
nas cordilheiras,
um índio navajo espelhando na água
sua crença num amanhã
de paz.
Uma garota saborosa
de tranças, trançando uma de bilhetes
no recreio da escolhinha mexicana,
lendo, às escondidas,
ouvindo um apelo de amor
do moleque francês do Canadá.
Uhm, uhm, uhm.
Que sons terríveis se ouvem no chão da América,
gente.
Peladas e miseráveis, populações sugadas pelos donos da banana,
Do ouro, do açucar,
a indústria de querer vestir a européia.
Mas não são sinos de finados,
São sinos de alerta que eu ouço
no assobio da invocação
(existe outra palavra mais brava, mas não cabe no jeito mineiro)
que percorre,
como calafrios de esperança,
as minas de estanho,
os gemidos da gravidez desta terra curtida
por homens que caminham descalços,
com cargas de burros.
Paraguai de Élvio Romero,
Assunção,
pátria idolatrada,
onde se cambia dinheiro e alma pela praça,
mas se fala um troco guarani,
por trás dos móveis quebrados.
No sul, norte, leste,
sei lá os pontos cardeais,
o coração tem pontos cardeais?
Reside um filho de asteca, maia,
num Peru ou Uruguais,
de estradas atômicas,
num mundo de arrebóis.
Vou lamber suas feridas, Amérika,
desastradas, infelizes, empobrecidas,
de gente sofrendo, doente, morrendo,
numa guerra por engano,
como um cão leal e raivoso.
Os leões virão com os negros
pelos mares para esta terra,
com o desejo do sexo do branco pelo negro,
o erotismo desperdiçado de corpos enganados,
na prosa de Faulkner,
numa fazenda do Sul.
Jerônimo,
Ave Pelada,
Touro Sentado,
Nego Pai João!
Palma, Pau, Terra, Cacique, Mulher Antônia.
Zero à esquerda no balanço,
uma palavra pela outra,
um horizonte por uma raiva,
eh, beliscão no opressor,
eh, beliscão no guardião,
um cavalo, um avestruz, um garanhão, uma águia,
um canal de frustrações,
Amérika nos nossos pés; nas nossas mãos.
Michabo, Jockeke e Manabocho.
Zawsze podejrzewałem, że jesteś domem, który każdy niesie
na grzbiecie,
z głową, słońcem, dźwiękiem i wiatrem,
jakby niósł ukochane swe dziecko
w pośród burzy.
Utracona pamięć
wizji męczęństwa,
szerokiej ziemi, wolności,
galopujących rycerzy,
bez Sędziego i bez Króla.
Dzieci i młodzież w stanie wzniosłego delirium,
święto miłości, taniec, gorączka, seks,
śmiejący się starcy, odwróceni plecami do słońca,
w zgodzie z tym co minęło,
z tym co ma nastąpić.
Tamburyn,
zapach zabronionej potrawy,
długie nogi, w defiladzie dalekosiężnych pragnień,
na festiwalach anegdoty i rozejmu.
Marti, Bolivar, Columb,
suche wyzwanie niedoli przeklętego losu,
Tiradentes, dentysta, oszalały uczestnik święta koloru,
życie, emancypacja.
Metys, cholo, leżący
w górach,
Indianin z plemienia Navajo co w lustrze wody
widzi odbicie swej wiary w jutro
pokoju.
Dziewczynka z warkoczykami,
pełna wdzięku, splatając warkocz z biletów
na przerwie w meksykańskiej szkole,
i czytając ukradkiem,
słucha zalecań
francuskiego kolegi z Kanady.
Hm, hm, hm.
Ludzie,
cóż to za okropne głosy słychać w amerykańskiej ziemi?
To nadzy nędzarze, wysysani przez właścicieli bananów,
złota, cukru,
przemysłu co ubiera na europejską modłę.
Lecz to nie dzwony pogrzebne,
to dzwony ostrzegawcze, słyszę je
w syku wezwania
(stnieje bardziej dosadne słowo, ale nie przystoi górnikowi z Minas)
które przenika
jak dreszcz nadziei
kopalnie cyny,
jęki porodowe tej ziemi garbowanej
przez bosonogich piechurów,
obładowanych jak juczne osły.
Paragwaj Elvia Romero,
Assunción,
ojczyzna obóstwiana,
gdzie na placach wymienia się pieniądze i dusze,
ale za to, za połamanymi meblami,
słychać język guarani.
Na południu, północy, wschodzie
i jakie tam jeszcze strony świata
– czy serce ma strony świata? –
mieszka syn Azteka, Maja,
w Peru, w Urugwaju,
z atomowymi autostradami,
w świecie krwawych zachodów słońca.
Będę lizał, jak wierny i wściekły pies,
twoje rany, Ameryko,
rany nieszczęścia, nędzy,
ludzi cierpiących, chorych, umierających,
w wojnie toczonej przez pomyłkę.
Lwy przypłyną tutaj morzem
z Murzynami,
z pożądaniem Murzyna przez białego,
zmarnowany erotyzm oszukanych ciał,
w prozie Faulknera,
na farmie Południa.
Hieronim,
Nagi Ptak,
Siedzący Byk,
Czarny Ojciec Jan!
Palma, Kij, Ziemia, Kobieta, Antonina.
Saldo zero,
słowo za słowo,
horyzont za wściekłość,
ah, przyłożyć ciemiężcy,
ah, przyłożyć przeorowi,
koń, struś, ogier, orzeł,
kanał frustracji,
Ameryka w naszych nogach, w naszych rękach.
Michabo, Jockeke i Manabocho.
|
A MÁGICA DO EXÍLIO
|
MAGIA WYGNANIA
|
Seleção e Tradução de Henryk Siewierski
Jacob Pinheiro Goldberg poderia ter nascido em outro continente, se não fossem, quem sabe, seus poemas que necessitavam que ele nascesse no Brasil. Seus pais casaram-se em Juiz de Fora, mas já se conheciam na Polônia de onde vieram na década de 20. Filho de imigrantes, familiarizado desde cedo com a sina e a magia do exílio, fixa sua morada em língua portuguesa do solo fertil brasileiro, seguindo, ao mesmo tempo, uma vida errante, nunca acomodada, de psicólogo, advogado, assistente social e poeta, sempre procurando compreender melhor o outro e a si mesmo. A linhagem judaica de Jacob Pinheiro Goldberg estende seus braços por vastos territórios de outras culturas e, como um grande rio, recebe inúmeros afluentes. Dizia Rousseau, no seu Emílio, que para estudar os homens, no plural, era preciso olhar em volta de si, mas, para estudar o homem, no singular, era preciso enxergar longe, observar as diferenças. O longe, o estranho da terra natal de seus pais, de onde ele veio, mesmo que nunca lá estivesse, é um dos destinos fixos, mas como que subterrâneos desta poesia. E não é de estranhar que o encontro com quem veio de lá tinha se tornado, para os dois, um re-encontro, em que alguns dos poemas passassem a ter outra vida, numa das outras suas línguas originais. Não há porque também estranhar a sua publicação nesta versão bilíngüe no Brasil, pois as duas línguas são daqui: o polonês, língua materna de tantos filhos do Brasil, não é língua estrangeira neste país plural e multilíngüe.
Henryk Siewierski é professor de Literatura da Universidade de Brasília (UnB), doutor em Ciências Humanas pela Universidade Jaguelloniana de Cracóvia; publicou livros de ensaios Encontro das nações (1984), Como ganhei o Brasil de presente (1999) e História da literatura polonesa (2000) e traduziu para o português as obras de escritores poloneses: Bruno Schulz, Bronislaw Geremek, Tomek Tryzna, Andrzej Szczypiorski e Czeslaw Milosz, entre outros.
Jacob Pinheiro Goldberg mógł urodzić się na innym kontynencie gdyby nie, być może, jego wiersze, które wymagały aby urodził się w Brazylii. Jego rodzice pobrali się w Juiz de Fora, lecz znali się już w Polsce, skąd przyjechali tu w latach 20. Syn imigrantów, od małego oswojony z piętnem i magią wygnania, zadomawia się w języku portugalskim płodnej brazylijskiej ziemi, zarazem jednak wciąż w drodze, niepokorny i nienasycony stara się zawsze, jako psycholog, adwokat opiekun społeczny i poeta, lepiej zrozumieć drugiego i samego siebie. Żydowski rodowód Jacoba Pinheiro Goldberga rozgałęzia się obejmując szerokie połacie innych kultur i, jak wielka rzeka, otrzymuje liczne dopływy. Mówi Rousseau, w Emilu, że chcąc poznać człowieka, w liczbie mnogiej, trzeba rozglądać się wokół siebie, natomiast aby poznać człowieka, w liczbie pojedynczej, należy patrzeć daleko, obserwować różnice. Rodzinna ziemia ojców, daleka i obca, skąd przecież pochodzi, choć nigdy tam nie był, to jeden ze stałych, lecz niejako ukrytych, kierunków w jakim zmierza ta poezja. I nie należy się dziwić, że spotkanie z przybyszem z tamtych stron stało się, dla obu, niejako spotkaniem po latach, i że w spotkaniu tym niektóre wiersze urodziły się jakby do nowego życia w jednym z języków swego pochodzenia. Nie ma też nic dziwnego w tej dwujęzycznej publikacji tu w Brazylii, obydwa języki są bowiem stąd; polski, język ojczysty tylu Brazylijczyków, nie jest językiem obcym w tym wielokulturowym i wielojęzycznym kraju.
SOLILÓQUIO DO FARAÓ
A sedução deste mago ingrato, Carrega o povo maldito para o Deserto. Abandona a segurança, a certeza e a Tranqüilidade, atrás dum Deus da Imaginação, sem imagens e sem figura, Que estranho.
Povo maldito, que substitui o trabalho E a disciplina por uma louca anarquia Que chama liberdade, insubmissos e Polêmicos.
Povo maldito, errante pelo deserto, Atrás de ilusões e palavras. Amantes do ritual e do teatro, Iconoclastas, sem reis e sem hierarquia.
Renegam todos os deuses e Adoram o Sonho. Povo maldito que há de padecer, Na dúvida e na busca. |
MONOLOG FARAONA
Urok tego nieszczęsnego czarownika wiedzie przeklęty lud na Pustynię. Porzucają bezpieczeństwo, pewność i spokój, dla Boga Imaginacji, bez wizerunków, bez figur, Który jest mi obcy.
Lud przeklęty, co pracę i dyscyplinę zastępuje obłąkaną anarchią, którą zwie wolnością, lud hardy i problematyczny.
Lud przeklęty, idący przez pustynię za złudzeniami i słowami. Miłośnicy rytuałów i teatru, Ikonoklaści, bez królów i bez hierarchii.
Wyrzekają się wszystkich bogów, cześć oddając Marzeniu. Lud przeklęty, który musi cierpieć w niepewności i w drodze.
|
|
MÁGICA DO EXÍLIO (2)
Ao contrário do que se concebe não foi o encontro a origem desta revelação a origem foi o desterro no país dos fantasmas da América mergulho nas palavras mortas cinzas da razão de ser e a partida seguindo os apagados rastros do caminho a Kandire Terra sem Mal.
CÉU
Em que dimensão habita o morto Quando, no sonho, vive autônomo (independente do sonhador), embora acordado, o sonhador, esquecido e pretensioso, se imagina regente do seu sonho?
DANÇA
Para os índios sanumá, a Morte é uma realização do homem, fruto do homem; o que também ocorre entre as azande do Sudão africano. Doença e morte ligadas à intenção do homem. Para os sanumá, efeito das plantas alawali ou espíritos saí de. A proteção dos hekula (espíritos) vem pelas drogas sakone e palalo entre cânticos e compassos.
DE PROPÓSITO
Acredita-se que o mal-estar, a cultura, se origina na informação de que o homem é o único animal, que sabe da morte inevitável. Engano. O homem é o único animal que sabe da eternidade e o mal-estar se produz na incerteza, o estreito vagido entre o ir e vir.
A OUTRA FACE DE CAIM
E depois Caim foi ao espelho e, ao olhar-se viu a imagem de Abel. Percebeu que este seria o castigo. Riu-se e pensou: “seria se eu não fosse Caim”. Rindo, quebrou o espelho.
|
MAGIA WYGNANIA (2)
Zródłem tego objawienia nie było jak możnaby sądzić spotkanie zrodziło się z wygnania do krainy upiorów Ameryki zanurzenia w popiołach słów miazdze racji bytu i pójścia zatartym śladem drogi do Kandire Ziemi bez Zła.
NIEBO
W jakiej przestrzeni przebywa zmarły jeśli we śnie jest wolny (wolny od śniącego), choć ten co śnił, obudzony, zapomniany i pretensjonalny, ma się za pana swego snu?
TANIEC
U Indian Sanumá śmierć jest spełnieniem się człowieka, jego owocem; podobnie jak u Azande z afrykańskiego Sudanu. Związek choroby i śmierci z ludzką wolą. U Indian Sunumá to skutek działania roślin alawali lub duchów saí de. Opiekę hekulów (duchy) zapewniają narkotyki sakone i palalo przy śpiewach i rytmicznych podrygach.
NAUMYŚLNIE
Sądzi się, że źródłem niepokoju, czytaj kultury, jest wiedza według której człowiek to jedyne zwierzę, co wie o nieuchronności śmierci. Błąd. Człowiek to jedyne zwierzę co wie o wieczności i niepokój bierze się z niepewności, krótkiego jęku między przyjściem i odejściem..
DRUGA TWARZ KAINA
A potem Kain podszedł do lustra i przeglądając się, zobaczył twarz Abla. Zrozumiał — to ma być kara. Zaśmiał się i pomyślał: “Czyżbym nie był Kainem?”. Śmiejąc się rozbił lustro.
|
nunca fui amigo do Rei
meus heróis de infância foram Tarzã e Flash Gordon
mesclando Hollywood e Biblia
atravessei com Moisés o deserto e recebi a Lei do Sinai
nasci em Juiz de Fora, na terra dos Gerais
não da acomodação
meu pai veio com o navio „Valdívia”, de Ostrowiec, Polônia
sem um tostão no bolso sem falar uma palavra
em português, dezenove anos de idade,
com a opção do suicídio no mar ou
vôo no horizonte
escolheu o céu
ganhou o pão com suor do seu rosto
e dividiu-o comigo e nossa família
cada um vê o mundo segundo sua ótica
no registro biográfico mas também
segundo sua livre assunção como ser
sou outsider por nascimento, destino e vocação
questiono interminavelmente
democracia para mim é um estado de espírito e não
um vocábulo ou um regime político
liberdade é uma reflexão crítica que começa na angústia
e termina na esperança e não bandeira para demagogia
denuncio o torturador e choro o torturado
porque palmilheu os caminhos que passam
pelas fogueiras da Inquisição, Dachau e desembocam
no pau-de-arara
fico com a mãe solteira e desprezo a covardia do pai desertor
um só esfaimado, doente ou abandonado, faz-me
ter vergonha de mim mesmo
enquanto almoço têm criança e velhos
pedindo comida nas esquinas
doentes sacrificados, ignorância universal
animais vitimas nos abatedouros
da nossa sanha de Caim
Caim ecológico que suja os rios
derruba árvores, empesteia atmosfera
a idolátria impera no esquecimento de Deus
eis que a integridade se transforma em corrupção
o assalto em faroeste de televisão
e o traidor se julga mestre e senhor
um rol de decepção?
não
um manifesto na possibilidade de reação
nasci em Minas
meu pai veio veio com o navio „Valdívia”, de Ostrowiec, Polônia,
escolheu o céu
ganhou o pão com suor de seu rosto
W KRAINIE KOCHA-LUBI-SZANUJE...
nigdy nie byłem przyjacielem króla
bohaterami mego dzieciństwa byli Tarzan i Flash Gordon,
mieszanka Hollywoodu i Biblii
z Mojżeszem przeszedłem przez pustynię i otrzymałem Prawo na Synaju
urodziłem się w Juiz de Fora, ziemi Minas Gerais
której obce jest wygodnictwo
mój ojciec przypłynął na statku “Valdivía”, z Ostrowca, z Polski
bez grosza przy duszy, bez znajomości jednego słowa
po portugalsku, miał dziewiętnaście lat
na morzu stanął przed wyborem między samobójstwem
a lotem ponad horyzont
wybrał niebo
pracował na chleb w pocie czoła
dzielił go ze mną i całą naszą rodziną
każdy widzi świat przez pryzmat
swej biografii lecz również
z perspektywy swego wywyższenia jako wolnej istoty
jestem outsiderem z urodzenia, losu i powołania
zadaję nie kończące się pytania
demokracja jest dla mnie stanem ducha a nie
terminem czy systemem politycznym
wolność jest krytyczną refleksją co zaczyna się od niepokoju
a kończy nadzieją i nie szatandarem demagogii
denuncjuję katów i opłakuję torturowanych
bo przemierzyłem drogi wiodące
przez stosy Inkwizycji, Dachau do
pau-de-arara
jestem z samotną matką i w pogardzie mam ojca dezertera
na widok głodnego, chorego, opuszczonego
wstydzę się przed samym sobą
podczas gdy jem obiad, na rogu ulicy
starzec i dziecko proszą o chleb
chorzy uśmiercani, powszechna ignorancja
zwierzęta w rzeźniach ofiarami
krwiożerczego Kaina
Kain ekologiczny zanieczyszcza rzeki
kładzie pokotem drzewa, zatruwa atmosferę
gdy panuje bałwochwalstwo i zapominany jest Bóg
prawość ustępuje miejsca korupcji
napad jest tylko sceną z telewizyjnego dzikiego Zachodu
zdrajca ma się za mistrza i pana
lista rozczarowań?
nie
wyraz wiary w możliwość reakcji
urodziłem się w Minas
mój ojciec przypłynął na statku “Valdivía”, z Ostrowca, z Polski
wybrał niebo
pracował na chleb w pocie czoła
TENHO QUE APRENDER
A falar em voz baixa Tenho Temos que aprender a falar em voz beixa.
Os surdos estão santos na zoeira deste mundo que grita seus erros e desacertos.
Num sábado santificado calar as buzinas apressadas as máquinas de vapor os passos que correm o tic-tac nas calçadas
O amor ruidoso apaixonado gemendo muito alto
Em voz baixa com os sapos e marrecos devagarzinho falar em voz baixa
pro meu irmão ouvir.
MÚSICA DE FUNDO
Somos, neste dia de pedra, ilhas. Sombrio dia. Conto, estremunhado, as cartas não enviadas.
Aflições noturnas, sem luas.
Irmão batido, o fruto colhido. Por tudo, havido e não havido, desejado.
Somos, neste dia de pedra, ilhas.
O CAVALO E EU
Extasiado fiquei olhando os olhos do cavalo. Mas enxergava mais o êxtase que os seus olhos. O cavalo, porém, me olhava e (parece) me enxergava.
E assim, ficamos tão perto nos olhando, e, no entretanto, as infinitas distâncias, sei que jamais o enxergaria. E ele, o cavalo, quem sabe, pudesse, realmente, me enxergar, como eu mesmo, jamais me veria.
ETERNIDADE
O Deus Pã morreu sim. Não obstante Rimbaud e Fernando Pessoa, todos os deuses morreram.
Mas um só não morre, porque não nasceu.
SAGRADO
Um dia, voltaremos ao Éden. E saberemos que a sedução foi a mentira da Morte. Portanto, não fomos expulsos. E a Morte e a Vida foram os pesadelos da Serpente.
NO CÉU, DEUS SE ASSENTA AO LADO DELA
Quando, quando naquela sala o dia se encurtou. O vulto do meu pai saía como destaque na penumbra — “Ain velt untegemame!” (“Um mundo se acabou!”) Os olhos do Infinito disparavam o Espanto. Um côro entoava o Kadish para sempre — O Eterno é nosso Deus. No chão, o cadáver da minha mãe. Um sorriso disfarçava a dentadura que afivelou suas ilusões, os românticos sonhos da moça de lábios carmezins que um dia foi Miss do Círculo Israelita. Um filme de cinema mudo em câmara lenta. Eu era capaz de visitar cada nervo da memória e da atenção e informá-la acabou. Nunca mais eu sería seu imperador. Uma noite, meu filho perguntou — Porque são tristes seus olhos? Minha mãe morreu cega.
OSTROWIEC
Aonde nunca estive, sem latitude, altitude.
Aonde moram meus fantasmas, sonhos enterrados.
Presente nos pesadelos, azimute na memória.
Visão num espelho Repetitivo que Persegue, segue.
***
Ontem, antes-de-ontem, numa distante lembrança, se pudesse a arquitetura da memória, construiria outra estória.
Teria, carinhoso, dito para minha mãe – sim, você é uma artista, embora estranhe seus próprios versos.
E, para meu pai, no gélido saguão, em que fomos exilados, cantaria a gratidão de todos os seus rastros.
E, impossível, resta agora o desespero, de correr nos pesadelos, atrás dos telefones ocupados, esquecidos, silenciosos, os endereços ocultos, fugidios.
O impiedoso, insuportável vazio.
ATÉ ONDE ME (DES)CONHEÇO
Minha mãe, de solteira Fanny Elwing, filha de Ana e Aron Elwing, „Schoichet” de Ostrowiec, Polônia. Meu pai, Luiz Goldberg, filho de Chana e Alte Goldberg, de Ostrowiec. Enquanto vivos, nunca percebi que, na verdade, eram anjos emigrados de algum paraíso perdido. Depois que se foram (de volta?), em noites de pesadelo, me indago o que lhes diria se agora os reencontrasse? Talvez dissesse: – „Vocês, hem...?” E eles, respondendo, disfarçando: „Oif’n pripetchok, brent ain faieru”...
***
Se fico no jogo Se saiu do jogo Sou pedra sem valor. Se jogo o jogo, ganho ou perco. Por isso sou o tabuleiro, Aonde se joga o jogo Que me recuso a jogar.
|
MUSZĘ SIĘ NAUCZYĆ
Mówić ściszonym głosem Muszę Musisz nauczyć się mówić głosem ściszonym
Głusi są świętymi w w tym hałaśliwym świecie co wykrzykuje swe błędy i pomyłki
W szabas uciszyć niecierpliwe klaksony maszyny parowe miarowe stuk-stuk pośpiesznych kroków na ulicach
Miłość niedyskretnych kochanków bardzo głośne jęki
Głosem ściszonym z żabami, z dzikimi kaczkami powoli mówić głosem ściszonym
aby mój brat usłyszał.
TŁO MUZYCZNE
Jesteśmy w tym kamiennym dniu wyspami. Dzień szary. Pomysł ze snu wyrwany, list nie wysłany.
Nocne lęki, bez księżycowej poręki.
Brat katowany, owoc zbierany. Za wszystko, co było i nie było chciane.
Jesteśmy w tym kamiennym dniu wyspami.
KOŃ I JA
Oko w oko z koniem patrzyłem w zachwycie, ale raczej swój zachwyt widziałem, niż jego oczy. Koń wszakże na mnie patrzył i jakby mnie widział.
Tak bliscy, patrzyliśmy na siebie, a równocześnie nieskończenie dalecy, i wiem, że nigdy go nie zobaczę. A on, kto wie, może jednak mnie widział jak ja nigdy siebie widział nie będę.
WIECZNOŚĆ
Tak, bóg Pã umarł. Wbrew temu co mówili Rimbaud i Fernando Pessoa, wszyscy bogowie pomarli.
Jeden tylko nie umiera, bo się nie urodził.
SACRUM
Kiedyś wrócimy do Raju I przekonamy się, że pokusa była kłamstwem Śmierci. Więc nie zostaliśmy wypędzeni. Śmierć i Życie były tylko Koszmarnym snem Węża.
W NIEBIE, BÓG ZASIADA U JEJ BOKU
Wtedy, wtedy w tamtym pokoju dzień się skurczył. Z półmroku wyłaniała się postać mego ojca — “Ain velt untegemame!” (“Skończył się jeden świat!”) Z oczu Nieskończoności emanowało Zdziwienie. Chór intonował Kadysz na wsze czasy — Wieczny jest nasz Bóg. Na podłodze, zwłoki mojej matki. Uśmiech maskował Szczękę, która spinała jej złudzenia, romantyczne sny dziewczyny o ustach karminowych, kiedyś Miss w Kole Izraelitów. Niemy film w zwolnionym tempie. Czułem wtedy Każdy nerw pamięci i uwagi i mówiłem jej to koniec. Już nigdy nie będę twoim cesarzem. Kiedyś w nocy zapytał mnie syn — Dlaczego masz takie smutne oczy? Moja matka umarła niewidoma.
OSTROWIEC
Gdzie nigdy nie byłem, miejsce bez szerokości i długości geograficznej.
Gdzie mieszkają moje upiory, pogrzebane sny.
Obecny w złym śnie, azymut pamięci.
Obraz w lustrze pomnożony co prześladuje, śledzi.
***
Wczoraj, Przedwczoraj, w odległym wspomnieniu, gdyby mogła, architektura pamięci, inną ułożyłaby historię.
Mówiłbym matce czule – tak, jesteś artystką, choć dziwne wydają ci się własne wiersze
I ojcu, w lodowatej sieni, gdzie nas zesłano, śpiewałbym wszystkie możliwe pieśni wdzięczności.
To niemożliwe, zostaje tylko rozpacz, pogoń w złych snach za zajętymi, zapomnianymi, milczącymi telefonami, za ukrytymi, uciekającymi adresami.
Bezlitosna, nieznośna pustka.
NA ILE SIĘ ZNAM I NIE ZNAM
Moja matka, z domu Fanny Elwing, Córka Anny i Arona Elwing, “Schoichet” z Ostrowca, w Polsce. Mój ojciec, Ludwik Goldberg, syn Chany i Alte Goldberg, z Ostrowca. Kiedy żyli, nigdy nie pomyślałem, że, tak naprawdę, byli aniołami, emigrantami z pewnego utraconego raju. Później, kiedy odeszli (wrócili?), po nocach, pełnych koszmarnych snów, myślę co bym im powiedział, gdym teraz znów ich spotkał? Może powiedziałbym: – “To wy, hm...?” A oni, odpowiedzieliby, jakby nigdy nic: “Oif’n pripetchok, brent ain faieru”...
***
Gdy wchodzę do gry Gdy wychodzę z gry Jestem zwykłym kamieniem. Gdy gram, mogę wygrać lub przegrać. Dlatego jestem szachownicą Gdzie toczy się gra W której odmawiam udziału. |
Sempre desconfiei que você é a casa que cada um carrega
nas costas,
cabeça, sol, som e vento,
como quem carrega o filho querido,
por entre a tempestade.
Uma lembrança que alguém perdeu
de um martírio visionário,
longas terras, de liberdade,
cavaleiros cavalgando,
sem Juiz e sem Rei.
Jovens e crianças delirando um delírio grandioso,
festa de amor, dança, febre, sexo,
velhos rindo de costas ao sol,
em paz com o que foi,
com o que acontecerá.
Um pandeiro,
aroma de comida proibida,
pernas compridas, desfilando anseios prolongados,
por festivais de anedota e trégua.
Marti, Bolivar, Colombo,
um desafio seco à maldição,
Tiradentes, um dentista enlouquecido pela festa da cor,
vida, emancipação.
Um cholo deitado,
nas cordilheiras,
um índio navajo espelhando na água
sua crença num amanhã
de paz.
Uma garota saborosa
de tranças, trançando uma de bilhetes
no recreio da escolhinha mexicana,
lendo, às escondidas,
ouvindo um apelo de amor
do moleque francês do Canadá.
Uhm, uhm, uhm.
Que sons terríveis se ouvem no chão da América,
gente.
Peladas e miseráveis, populações sugadas pelos donos da banana,
Do ouro, do açucar,
a indústria de querer vestir a européia.
Mas não são sinos de finados,
São sinos de alerta que eu ouço
no assobio da invocação
(existe outra palavra mais brava, mas não cabe no jeito mineiro)
que percorre,
como calafrios de esperança,
as minas de estanho,
os gemidos da gravidez desta terra curtida
por homens que caminham descalços,
com cargas de burros.
Paraguai de Élvio Romero,
Assunção,
pátria idolatrada,
onde se cambia dinheiro e alma pela praça,
mas se fala um troco guarani,
por trás dos móveis quebrados.
No sul, norte, leste,
sei lá os pontos cardeais,
o coração tem pontos cardeais?
Reside um filho de asteca, maia,
num Peru ou Uruguais,
de estradas atômicas,
num mundo de arrebóis.
Vou lamber suas feridas, Amérika,
desastradas, infelizes, empobrecidas,
de gente sofrendo, doente, morrendo,
numa guerra por engano,
como um cão leal e raivoso.
Os leões virão com os negros
pelos mares para esta terra,
com o desejo do sexo do branco pelo negro,
o erotismo desperdiçado de corpos enganados,
na prosa de Faulkner,
numa fazenda do Sul.
Jerônimo,
Ave Pelada,
Touro Sentado,
Nego Pai João!
Palma, Pau, Terra, Cacique, Mulher Antônia.
Zero à esquerda no balanço,
uma palavra pela outra,
um horizonte por uma raiva,
eh, beliscão no opressor,
eh, beliscão no guardião,
um cavalo, um avestruz, um garanhão, uma águia,
um canal de frustrações,
Amérika nos nossos pés; nas nossas mãos.
Michabo, Jockeke e Manabocho.
Zawsze podejrzewałem, że jesteś domem, który każdy niesie
na grzbiecie,
z głową, słońcem, dźwiękiem i wiatrem,
jakby niósł ukochane swe dziecko
w pośród burzy.
Utracona pamięć
wizji męczęństwa,
szerokiej ziemi, wolności,
galopujących rycerzy,
bez Sędziego i bez Króla.
Dzieci i młodzież w stanie wzniosłego delirium,
święto miłości, taniec, gorączka, seks,
śmiejący się starcy, odwróceni plecami do słońca,
w zgodzie z tym co minęło,
z tym co ma nastąpić.
Tamburyn,
zapach zabronionej potrawy,
długie nogi, w defiladzie dalekosiężnych pragnień,
na festiwalach anegdoty i rozejmu.
Marti, Bolivar, Columb,
suche wyzwanie niedoli przeklętego losu,
Tiradentes, dentysta, oszalały uczestnik święta koloru,
życie, emancypacja.
Metys, cholo, leżący
w górach,
Indianin z plemienia Navajo co w lustrze wody
widzi odbicie swej wiary w jutro
pokoju.
Dziewczynka z warkoczykami,
pełna wdzięku, splatając warkocz z biletów
na przerwie w meksykańskiej szkole,
i czytając ukradkiem,
słucha zalecań
francuskiego kolegi z Kanady.
Hm, hm, hm.
Ludzie,
cóż to za okropne głosy słychać w amerykańskiej ziemi?
To nadzy nędzarze, wysysani przez właścicieli bananów,
złota, cukru,
przemysłu co ubiera na europejską modłę.
Lecz to nie dzwony pogrzebne,
to dzwony ostrzegawcze, słyszę je
w syku wezwania
(stnieje bardziej dosadne słowo, ale nie przystoi górnikowi z Minas)
które przenika
jak dreszcz nadziei
kopalnie cyny,
jęki porodowe tej ziemi garbowanej
przez bosonogich piechurów,
obładowanych jak juczne osły.
Paragwaj Elvia Romero,
Assunción,
ojczyzna obóstwiana,
gdzie na placach wymienia się pieniądze i dusze,
ale za to, za połamanymi meblami,
słychać język guarani.
Na południu, północy, wschodzie
i jakie tam jeszcze strony świata
– czy serce ma strony świata? –
mieszka syn Azteka, Maja,
w Peru, w Urugwaju,
z atomowymi autostradami,
w świecie krwawych zachodów słońca.
Będę lizał, jak wierny i wściekły pies,
twoje rany, Ameryko,
rany nieszczęścia, nędzy,
ludzi cierpiących, chorych, umierających,
w wojnie toczonej przez pomyłkę.
Lwy przypłyną tutaj morzem
z Murzynami,
z pożądaniem Murzyna przez białego,
zmarnowany erotyzm oszukanych ciał,
w prozie Faulknera,
na farmie Południa.
Hieronim,
Nagi Ptak,
Siedzący Byk,
Czarny Ojciec Jan!
Palma, Kij, Ziemia, Kobieta, Antonina.
Saldo zero,
słowo za słowo,
horyzont za wściekłość,
ah, przyłożyć ciemiężcy,
ah, przyłożyć przeorowi,
koń, struś, ogier, orzeł,
kanał frustracji,
Ameryka w naszych nogach, w naszych rękach.
Michabo, Jockeke i Manabocho.